kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻYCIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻYCIE. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 maja 2014

Co całymi dniami robią zakonnice?

            Pytanie wydaje się banalne, a odpowiedź narzuca się sama – modlą się!
              Prawda, ale nie całkiem. Amerykanka Shannon Taggart przedstawiła cykl fotografii poświęcony zakonnicom kościoła katolickiego i jawią się jakby w innym świetle.


 
              Zakonnice, według Kościoła katolickiego, składając śluby w szczególny sposób poświęcają się Bogu, a także realizują misję ekumeniczną. W powszechnym pojęciu prowadzą ascetyczny tryb życia, bez rozrywek i przyjemności. Fotoreportaż został opublikowany w magazynie „Time” i jak by nie patrzeć, jest nieco dwuznaczny. Shannon Taggart udając się do klasztorów, aby dokładnie dowiedzieć się, jak wygląda życie zakonnic pokazała... hmmm... normalne kobiety, wiodące pełne radości życie. Bilard, siatkówka, huśtawka...
             Shannon Taggart zachowała neutralność, zdjęcia nie były obrabiane, odbiorcy mogli sami wyrobić sobie pogląd. Cykl nie został jeszcze ukończony.
             Nie mogę się powstrzymać od jajcarskiego dowcipu, „najwyższego lotu”:
             Co mają wspólnego zakonnice z gwiazdami? Te świcą, i te świcą!

sobota, 2 listopada 2013

Milion dolarów do ziemi, czyli pogrzeb Bentley'a

               62-letni brazylijski biznesmen Thane Chiquinho Scarpa (ksywa „Hrabia Scarpa") urządził spektakularny pogrzeb swojego ukochanego Bentley'a Continental Flying Spur. Stwierdził, ze wzorem faraonów chce sobie „zabezpieczyć” komfort w życiu pozagrobowym. Ceremonia pochówku ocenianego na milion dolarów samochodu, odbyła się w ogrodzie przy jego domu.
              Od razu w mediach pojawiły się komentarze, że to przesada, że mógł Bentley'a sprzedać, a szmal przeznaczyć na cele charytatywne. 



                 Zaprosił reporterów, a nad grobem, w nieutulonym żalu, wygłosił niecodzienna mowę.
                 Warto to zacytować:
                „Ludzie potępiali mnie za zakopanie wartego milion dolarów Bentley'a, ale prawda jest taka, ze większość z nich, sama zakopuje znacznie wartościowsze rzeczy. Zakopują serca, wątroby, płuca, oczy, nerki. To absurd. Tak wiele ludzi czeka na przeszczep, a wy zakopujecie swoje zdrowe organy, które mogłyby ocalić wiele istnieć. To największe marnotrawstwo na świecie. Mój Bentley jest bezwartościowy w porównaniu z tym. Żadne bogactwo nie ma większej wartości niż organ do przeszczepu, gdyż nic nie ma większej wartości niż ludzkie życie”.
              Samochód, oczywiście, zakopany nie został. Jednym słowem, była to jedna wielka podpucha!
              Pomysł jednak przedni i co tu mówić… panie i panowie! … czapki a głów!


niedziela, 20 października 2013

Żyć nie umierać, czyli słaba i mocna płeć

            Chyba każdy chciałby być zdrowy i bogaty, żyć długo i szczęśliwie. Bezwzględnie „zdrowie” jest priorytetem „dobrych życzeń, ale już bogactwo i szczęście mogą być czymś względnym. To już kwestia środowiska, kultury, wyobraźni i charakteru, co wynika z hierarchii ważności. Jednak, jak by nie patrzeć, byt kształtuje świadomość, co już dawno stwierdził pewien brodaty mędrzec. Trudno jednak o roztrząsać ontologiczne problemy, gdy napierdala ząb. A jak dwa… szkoda nie tylko gadać, ale nawet myśleć!
            Przyjmując już, że jesteśmy zdrowi, dość ciekawe jest porównanie średniej życia w różnych państwach. No to do dzieła! Przyjmuje się, ze oczekiwana średnia życia na świecie to 70 lat, odpowiednio – 67,87 mężczyźni i 72 kobiety. I tak od razu – Polska plasuje się na 48 miejscu (na 220 klasyfikowanych), z wynikiem 77,97 (75,68/80,44). To i tak lepiej niż nasi „kopacze’, którzy w rankingu F.I.F.A. zajmują 69 (hmmm… hmmm… te skojarzenia!) miejsce.
            A gdyby dobra wróżka machnęła różdżką i nagle… przenosimy się do innego kraju, w inne miejsce! Ale gdzie? No powiedzmy, do wyboru mamy takie państwa czy terytoria: Guam, Chorwacja, Jamajka, Oman, Boliwia, Togo, na dołóżmy jeszcze Singapur. I co? Gdzie ludzie mają się lepiej, gdzie gorzej, sądzą po długości życia? Wróżka nie proponuje Austrii czy Szwajcarii, bo to by było za proste. Z wymienionych niektóre państwa wyglądają lepiej niż Polska, niektóre gorzej. Lepiej Singapur – 5, Guam – miejsce 34. Gorzej: Chorwacja – 82, Oman – 93, Jamajka – 100, Boliwia – 153, Togo – 177.
            Czas na podium!
                Miejsce trzecie – Japonia! Oczekiwana średnia życia - 82,02 lata (78,67/85,56)
               Miejsce drugie – Makau! -  82,27 lata (79,44/85,25)
             Złoty medal, czy raj dla ludzi – Andora! - 83,52 lata (80,62/86,62)
            A teraz miejsca, gdzie życie wesoło nie wygląda…
               Miejsce 218 – Zambia – średnia życia 38,44 lata (38,34/38,54)
                Miejsce 219 – Angola - 37,63 lata (36,73/38,57)
             Miejsce 220 – Suazi - 32,23 lata (31,84/       32,62)
            Jest oczywistą oczywistością, że długość życia w różnych rejonach świata jest inna. Głównie jest to sprawa dostępu i jakości opieki zdrowotno-medycznej, co wiąże się z umieralnością niemowląt. Duże znaczenie mają: sposób odżywiania, czynniki środowiskowe (zanieczyszczenie powietrza czy wykonywany zawód), no i niestety, kasa! Ubóstwo długości życia na pewno nie sprzyja!
We wszystkich społeczeństwach występuje generalna zależność – kobiety statystycznie żyją dłużej. Mężczyźni częściej niż kobiety sięgają po narkotyki, papierosy i alkohol. Wśród mężczyzn jest większy odsetek samobójstw. Mężczyźni, dominując liczebnie w siłach zbrojnych, są bardziej narażeni na śmierć w wyniku działań wojennych. U mężczyzn występuje również większa skłonność do podejmowania ryzyka.
No i sprawa najważniejsza – chłopy łatwiej zapadają na różne choroby, słabiej sobie radzą ze stresem (choroby serca), a jak już zachorują – to zaraz „umierają” przy byle przeziębieniu. A kobiety, zaraz po porodzie jeszcze pranie zrobią…
            I kto tutaj jest słabą płcią?


 
 

       

poniedziałek, 7 października 2013

Chinka ponad dwa tygodnie w studni

             38-letnia Chinka Su Qixiu zbierając zioła nieopodal swojej wsi, wpadła do nieczynnej, 4-metrowej studni. Ściany były zbyt strome i śliskie, by mogła się wydostać z pułapki. Krzyczała o pomoc, ale nikt jej nie usłyszał. 
 
           Na szczęście po 15 dniach odnalazł ją wieśniak, który wyszedł na pole kukurydzy. Wybyła ją straż pożarna i trafiła do szpitala. Nie mogła mówić, stwierdzono również niewydolność organów wewnętrznych. 





 
           Obecnie jest stan jest stabilny, poprawił się na tyle, że rozważane jest zwolnienie jej do domu.
           Kobieta przetrwała żywiąc się surowymi kolbami kukurydzy i pijąc wodę deszczową.
          Straciła około15 kg, teraz waży około 40 - 45 kg.




            Trudno polecać taki środek na odchudzanie...

wtorek, 1 października 2013

Śmierć? Do trzech razy sztuka!

            Mieszkająca w malej, syberyjskiej wiosce, 61-letnia Rosjanka Ludmiła Strzeblicka dwa razy przez lekarzy została uznana za zmarłą.
             Pierwszy raz w listopadzie 2011 r. , kiedy to źle się poczuła i przewieziono ją się do szpitala w Tomsku. Lekarze nie potrafili postawić diagnozy i pozostawiono ją na obserwacji.
Po kilku dniach do szpitala zadzwoniła jej córka Anastasia, którą poinformowano, że mama nie żyje. Zaczęła więc przygotowania do pogrzebu, obdzwoniła rodzinę i znajomych.
              Po trzech dniach pojechała do Tomska po ciało matki, ale...okazało się, że matka żyje, jest tylko mocno wyziębiona po trzech nicach spędzonych w kostnicy. Przebudziła się, gdy lekarze powoli przygotowywali się do autopsji.
Pogrzeb oczywiście odwołano, ale dolegliwości nie ustąpiły. Ludmiła Strzeblicka znów trafiła do szpitala w Tomsku. Historia się powtórzyła. Lekarze znów stwierdzili jej zgon. Teraz jednak przebudziła się po kilku godzinach i „medyczni fachowcy” nie zdążyli
obwieścić jej śmierci.
             W zasadzie dalej nie zdiagnozowano jej dolegliwości, a winnych dwóch orzeczeń śmierci jak nie ma , tak nie ma. Dyrektor Regionalnego Szpitala Klinicznego w Tomsku zapewnia, że wszelkie procedury zostały dotrzymane i do tej pory zawsze działały bezbłędnie.
            Anastasia i jej matka stały się „sławne”. W gazetach ukazało się kilka artykułów, a regionalna telewizja nakręciła program dokumentalny o „fachowości” lekarzy. Kobiety nie mają do nich żalu, cieszą się, że „wyrok śmierci” został odroczony.



środa, 25 września 2013

Zmartwychwstanie Johna Lennona

             Kanadyjski dentysta, Michael Zak, wpadł na pomysł, by sklonować Johna Lennona. W 2011 r. za 32 tys. dolarów kupił na aukcji ząb trzonowy ex Beatlesa i z niego chce uzyskać kod DNA. Mają tym się zająć amerykańscy lekarze, którym przekazał ząb. Jak na razie wszystko jest OK, ale współpraca naukowców w klonowaniu stoi pod dużym znakiem zapytania. 
Opanowano obecnie metody klonowania wielu gatunków roślin i zwierząt.
Klony otrzymane w czasie procesu nie są w 100% genetycznie identyczne z dawcami. W trakcie tego procesu wymienia się bowiem tylko materiał genetyczny zawarty w jądrze komórkowym pozostawiając DNA biorcy. Ma on jednak minimalny wkład w dziedziczenie cech genetycznych, ale jakiś ma. 
Naturalną konsekwencją sukcesów w klonowaniu ssaków jest idea sklonowania człowieka. Budzi ono jednak głębokie kontrowersje natury etycznej. Pierwsze pozornie wiarygodne doniesienie o sukcesie transferu jądrowego u człowieka pojawiło się w 2004 roku z południowokoreańskiej grupy badawczej pod kierunkiem Hwang Woo-suka. Rok później okazało się jednak, że badania te były sfałszowane.
Klonowanie ludzi w celach reprodukcyjnych ma niewielki sens praktyczny, dodatkowo niedoskonałości natury technicznej i mutacje somatyczne w komórkach będącymi donorami materiału genetycznego, powodują, że przy obecnym stanie technologii, ludzki klon najprawdopodobniej cierpiałby na zaburzenia natury genetycznej. Tak więc klonowanie ludzi, przynajmniej na razie, z medycznego punktu widzenia jest nieetyczne, ale… pewnie ktoś coś tam kombinuje. 
Innym pomijanym problemem jest kwestia psychiki i zdolności klonu. Czy byłby tak samo uzdolniony i w tym samym kierunku, jak dawca DNA?
Człowieka kształtują głównie przeżycia, emocje i doświadczenia zakodowane gdzieś w podświadomości. Na tej podstawie wyrabiamy sobie sądy o rzeczywistości i najprościej mówiąc – charakter. 
Jaki byłby sklonowany John Lennon, który został zastrzelony (1980 r.) w bramie swojego domu Dakota na nowojorskim Manhattanie przez Marka Davida Chapmana?
Może lepiej nie widzieć, nie próbować przechytrzyć i oszukać natury? Na pewno nie byłby to „ten sam” John Lennon, byłby to fizycznie „taki sam”, ale mentalnie, charakterologicznie i emocjonalnie „inny” Lennon.
            Idąc dalej tym tropem… „Oczeń smieszno i straszno” było by spotkać na ulicy co krok - Jimmi Hendrixa, Elvisa Predley’a, Jima Morrisona czy Janis Joplin... O Marylin Monroe nie wspominając…


 

 

 

niedziela, 9 czerwca 2013

Uczył Marcin Marcina... Granice empatii

           To swoisty paradoks, ale podstawowa zasada pracy psychologa mówi, by za bardzo nie wczuwać się w problemy ludzi, którym się pomaga,. Grozi to „przeniesieniem” kłopotów na terapeutę. Stąd też częste przekonania o „bezduszności” czy „zimnej obojętności” psychologów wobec pacjentów.
          A jak to może wyglądać świetnie przedstawiono w filmie „Ćma” w reżyserii Tomasza Zygadły, z genialną wręcz rolą Romana Wilhelmiego. 
             47-letni John Littig i jego 45-letnia partnerka Lynne Rosen, dziennikarze radiowi z Nowego Jorku, jakby o tym zapomnieli. Ich ciała znaleziono w ich domu na Brooklynie - na głowach mieli plastikowe torebki, do których podłączona była rurka z helem. Lynne była psychoterapeutką, John tzw. mówcą motywacyjnym i muzykiem.
            Z informacji policji wynika, że zostawili pożegnalne listy. Kobieta przeprosiła w nim rodzinę za to, co zrobiła. Mężczyzna napisał, że chciał umrzeć razem ze swoją partnerką.
            Dziennikarze prowadzili audycję „W pogoni za szczęściem", w której udzielali porad i próbowali rozwiązywać życiowe problemy słuchaczy. Para pracował również jako trenerzy życia dla biznesu. Tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego targnęli się na życie. Byli razem od 20 lat, ale swojego, prawdziwego szczęścia, nie znaleźli.






poniedziałek, 3 czerwca 2013

Francja idzie za ciosem – ślub Vincenta i Bruno

               Montpellier we Francji, uważane jest za najbardziej przyjazne homoseksualistom miasto w tym kraju. Niedawno odbył się tam pierwszy ślub gejowski. Francuski rząd, obawiając się wybuchu zamieszek, apelował o spokój i ograniczył liczbę przedstawicieli władz i gości w tym wydarzeniu.
Jest to pierwszy ślub dwóch mężczyzn, od wprowadzenia wywołującej masowe protesty ustawy o małżeństwach homoseksualnych i adopcji przez nie dzieci. „Qui" powiedzieli Vincent Aubin i Bruno Boileau, którzy są parą od sześciu lat.
              Ceremonia ślubna odbyła się w budynku ratusza w obecności burmistrza, rodziny, przyjaciół i mediów. Mimo ograniczeń, przybyło na nią ok. 500 osób.
              Atmosfera była podniosła i radosna, jak to na ślubie. „Parę młodą” nagrodzono oklaskami.
Potwierdza się się stare powiedzenie – nieważna jest płeć, ważne jest uczucie!

poniedziałek, 27 maja 2013

Połóż się na torach i czekaj na uzdrowienie

          Mieszkańcy Dżakarty (Indonezja) uwierzyli w leczniczą moc torów kolejowych. Jak zwykle narodziny „wiary” łączą się z „cudem”. Częściowo sparaliżowany, niedoszły samobójca, położył się na torach, a potem odzyskał czucie w chorych kończynach. Wstał i poszedł, a potem uzasadnił, że uzdrowiły go prądy przepływające po stalowych szynach. 
             Skutek? W Dżakarcie ludzie masowo układają się na torach. Ludzie w Indonezji chętnie korzystają z tzw. medycyny niekonwencjonalnej i od razu czują poprawę zdrowia.
             Eksperci twierdzą, że przepływy elektryczne są niezwykle niebezpieczne, zwłaszcza, jeżeli nie wiadomo, jak dużą mają moc. 

    
            Zdesperowanym ludziom to do przekonania nie przemawia. Leża na torach i czekają na cud.
            Policja i spółka kolejowa nakłada kary zwolennikom takiej „terapii”. Są one dość wysokie i osobliwe - 3 miesiące więzienia lub 1800 dolarów grzywny. Dla ubogich Indonezyjczyków to suma księżycowa. 













            Przypomina to nieco kult cargo - ruch religijny szerzący się głównie na wyspach Oceanu Spokojnego. Ludność tubylcza zaczęła budować prymitywne lądowiska i pasy startowe dla samolotów, nabrzeża dla statków, magazyny itp. Widząc budowle białych, czego wynikiem jest przylatywanie samolotów z żywnością i innymi dobrami, zaczęła ich naśladować. W świadomości tubylców samoloty przylatywały z nieba i były kierowane na ziemię przez bogów, natomiast biali ludzie byli tylko pośrednikami, którzy nie przekazywali im wszystkich zsyłanych dobrodziejstw (stąd kult cargo).
             W tym jest taki sam sens, jak w wierze, że człowiek został ulepiony z gliny, a „wszystko” zostało „stworzone” w ciągu sześciu dni.
             Wiara z założenia jest irracjonalna. Nic nikomu do tego! Przynajmniej nie budują kapiących złotem kościołów, a kapłani i prorocy nie opływają w bogactwa.

niedziela, 26 maja 2013

Noblista wybrał śmierć

             95-letni Belg Christian de Duve - wybitny biochemik, lekarz, cytolog, laureat Nagrody Nobla - ogłosił 8 kwietnia, że postanowił zakończyć swoje życie. Datę swojej śmierci ustalił na 4 maja. Uzgodnił wszystko z rodziną, chciał się pożegnać przed planowaną eutanazją.
             Zamiar swój wykonał.
            W 1974 r. Christian de Duve otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii wraz z Albertem Claude'm i George'm Palade. Skomentował to wyróżnienie mówiąc: „Gdybym ja tego nie odkrył, zrobiłby to ktoś inny. Rzeczy istnieją, a technika decyduje, czy je odkryjemy. To jest jak poszukiwanie skarbów".
           Był ponoć w znakomitej formie, dlatego decyzja o śmierci dla wielu była dużym zaskoczeniem. Z tą formą i samopoczuciem - nie do końca to prawda. Miesiąc poprzedzający zaplanowaną śmierć spędził pisząc do przyjaciół, kolegów - naukowców, z którymi przez lata współpracował. Poinformował o swojej decyzji i pożegnał się.
         Popularny „Le Soir” opublikował pośmiertny wywiad z naukowcem, w którym powiedział: „Wiodłem przez prawie cały wiek, niezwykle satysfakcjonujące życie, które dało mi dużo radości i przyjemności. Miałem niezwykły przywilej uczestniczyć w wielu odkryciach i poznać wiele osobistości. Patrzę na to dziś ze wzruszeniem i z satysfakcją. Muszę powiedzieć, że na moje życie złożyły się szczęśliwe, nieoczekiwane przypadki. Ja sam nie zrobiłem nic.(...) Śmierć mnie nie przeraża”.(...) Jestem zmęczony. W nocy 1 kwietnia, upadłem i spędziłem kilka godzin na podłodze przy mojej szafie. Upadłem i nie mogłem wstać”.
            Po jego śmierci, w Belgii na nowo rozgorzała dyskusja o eutanazji. Wiele osób podkreślało, że odszedł godnie. Miał czas na pożegnanie z najbliższymi i przyjaciółmi, na podsumowanie swego życia.            
           Odszedł bez upokorzeń wynikających z braku kontroli nad własnym ciałem. Takie rozwiązanie oferują tylko dojrzałe demokracje, szanujące człowieka i jego wolę.

poniedziałek, 13 maja 2013

Mikrofalówka niszczy DNA

           W naturze ludzkiej leży nieufność do nowinek technicznych, wykorzystujących nowe technologie. Mimo praktycznie dziesięcioleci stosowania kuchenek mikrofalowych, ciągle pojawiają się głosy o ich szkodliwości, że zmieniają strukturę molekularną, wręcz niszczą DNA podgrzewanych produktów. 
             Domorośli „naukowcy” szkodliwość kuchenek mikrofalowych często „udowadniają” eksperymentem z podlewaniem roślin. Tak więc przegotowuje się wodę tradycją metodą na gazie i w kuchence mikrofalowej, a po wystudzeniu podlewa kwiatki. Te „karmione” mikrofalową ponoć marnieją.
Portal Snopes przyjrzał się temu dokładniej i fachowo. 
            3 rodzaje roślin po 3 sztuki z każdego rodzaju, podlewano wodą surową, gotowaną na gazie i w mikrofalówce. Woda wykorzystana do eksperymentu pochodziła z jednego źródła, przechowywano ją w tych samych warunkach i w identycznej temperaturze. Zapewniono również jednakowe dozowanie wody.        
           Wynik był jednoznaczny - nie było żadnych różnic w rozwoju roślin!
           Przyczyny mitów o destrukcyjnym działaniu na rośliny wody przegotowanej w mikrofalówce są trywialnie proste - po prostu eksperyment przeprowadzono niefachowo. I tak:
1. Jedna z roślin mogła być słabsza i „wadliwa”. Nawet po podlewaniu taką samą wodą mogła zmarnieć.
2. Pojemnik do gotowania wody w mikrofalówce mógł być zanieczyszczony.
3. W doniczkach mogła być ziemia niezupełnie taka sama.
4. Gotowanie wody na gazie i w mikrofalówce mogło być nierównomierne, podobnie chłodzenie. Jedna z roślin mogła być „karmiona” nieco cieplejszą wodą.
5. Różne mogły być również czynniki środowiskowe (światło, ciepło) ze względu na ustawienie. Kwiatki mają „charakter”, mogły więc inaczej reagować np. na owady.





poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Jedzcie, pijcie i rozmnażajcie się!

            Mierzyć można wszystko! Długość, obwód, jak wisi i jak stoi! Głębokość i szerokość też! Można też bić rekordy - ilość dzienna, miesięczna czy roczna. Czas onanizmu, spermę mierzyć na litry, w setki ilość kochanek i nałożnic. Wszystko gwoli pomnażania rodu ludzkiego!
             A propos... Jak to drzewiej bywało i teraz z nocą poślubną.
Kiedyś nowy żonkoś wchodził do sypialni, gdzie czekała na niego połowica ubrana w koszulę nocną z „dziurką do robienia dzieci”. Śmiało zagajał:
`           - Nie gwoli swawoli, ale gwoli rodu ludzkiego pomnożenia, daj mi waćpanna swego przyzwolenia!
             - W imię ojca i syna, niech waćpan zaczyna! - odpowiadała kobieta.
            A teraz? Wchodzi ślubny do sypialni, gdzie na kanapie sód mnóstwa poduszek czeka naga oblubienica.
            - Na chuj te poduszki?! - pyta.
            - A ja was wiem? Jeden lubi z poduszkami, drugi bez! - pada odpowiedź.
           Dziwne jest to, że to „pomnożenie” wymyka się racjonalnym osądom. Bo jak jednocześnie można „pomnażać” i być przeciw in vitro?! Przecież Bóg dał dziecko, da i na dziecko! Niektórzy i niektóre wiodą prym, zadziwiają swoimi osiągnięciami, ale kudy im do rekordzistów!
 
             Marokański władca z pierwszej połowy XVIII wieku, Moulay Ismail Ibn Sharif, władca dynastii Alaouite, znalazł się w Księdze Rekordów Guinessa jako najbardziej płodny mężczyzna w historii. Ponoć dał życie co najmniej 342 dziewczętom i 525 chłopcom. A do roku 1721 r. liczba jego męskich potomków (synów i wnuków) wzrosła do 700. Miał w czym wybierać, gdyż jego harem liczył 500 żon. Jak by nie patrzeć, niektóre pewnie leżały odłogiem!









 
               Z oczywistych względów kobietom trudno taki rekord ustanowić. Rekordzistką pod względem liczby urodzonych dzieci jest Fiodorowa Wasilijewa (1707-1782) nieznana z imienia, rosyjska chłopka, żona Fiodora Wasilijewa. Pochodziła z Szui, wsi położonej na wschód od Moskwy. W latach około 1725 -1765 urodziła 69 dzieci, z czego tylko dwójka zmarła w okresie niemowlęcym. Była 27 razy w ciąży, ale wszystkie ciąże były mnogie. Urodziła 16 par bliźniąt, siedem razy rodziła trojaczki i cztery razy czworaczki. Po jej śmierci Fiodor ożenił się ponownie.






 
             Tytuł najbardziej płodnej, żyjącej kobiety świata należy do Leontiny Albiny z San Antonio w Chile, która jest matką 55 dzieci. Ma już ponad sześćdziesiąt lat, więc chyba rekordu Wasiljewej nie pobije. Sama twierdzi, że urodziła łącznie 64 potomków, jednak nie zostało to udokumentowane.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Pieskie życie, psie prawa i charaktery

             Internet obiegły zdjęcia dwóch dogów niemieckich, które to stanowią jakby przykład przyjaźni, przywiązania i bezinteresownego oddania. Lily jest niewidoma, jej oczy zostały usunięte ze względu na chorobę zwaną entropium. Schorzenie to polega na tym, że powieki wrastają w gałki oczne. Maddison „jest” jej przewodnikiem. Psy przestawiane są jako nierozłączne, razem nivy się bawią, jedzą i biegają. 
             Prawda jest jednocześnie okrutna i banalna. Właściciele nie mogli sobie poradzić z tą parą dogów i oddali je do schroniska w Shrewsbury (Anglia), gdzie przebywały pięć lat. Po nagłośnieniu sprawy w necie, znalazła się rodzina, która je przyjęła. Chętnych było ok. 2000 osób, ale wybrano małżeństwo mieszkające niedaleko Crewe.
            Anne Williams, jest dyrektorem w firmie ubezpieczeniowej, jej mąż Len emerytowanym strażakiem. Po miesiącu Lily wróciła do schroniska, w nowym domu pozostał jedynie Maddison.
            Mimo starań nowych właścicieli, okazało się, ze psy razem wcale nie są szczęśliwe. Zupełnie zmienił się charakter ich związku. Lily w nowym środowisku była bardzo zestresowana, objawiły się również jej neurotyczne skłonności. Niepewność i chyba strach spowodowały, że zaatakowała Maddisona, który w pewnym sensie ją terroryzował, chcą wymusić określone zachowania. Prawdopodobnie i jego sytuacja przerosła.
             Teraz Lily czeka na jeszcze jeden nowy dom, ale szanse na adopcję ma bardzo małe.