kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRACA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRACA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 marca 2014

Po-rady Marka Siwca

             Spacerując sobie z moim „ochroniarzem”, czyli kundelkiem Romkiem, trafiłem na takie „cuś”. 
             Pierwsza myśl – europoseł Marek Siwiec jest aż takim pesymistą, że szykuje sobie miękkie lądowanie po wyborach? Będzie mi osobiście doradzał?
            A żem młody i do pracy chętny, nie byłbym sobą, gdybym nie zdzwonił. I jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Bo jak poinformowała mnie bardzo miła pani, nie Marek Siwiec, a akcję prowadzą „wyspecjalizowani doradcy”. Marek Siwiec jest jej „lokomotywą” i użycza swoich biur na szkolenia.
           Czyli, jakby nie patrzeć, „chłyt marketingowy”. A już się martwiłem o przyszłość pana europosła!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Pociągiem przez targ

           Maeklong Market w Tajlandii, niedaleko miejscowości Rashiki, to targ, chyba jedyny taki na świecie. Czynny codziennie, oferuje przede wszystkim żywność i odzież. Znajduje się na gorze torów kolejowych, którymi kilka razy dziennie przejeżdża ciuchcia, a po poznańsku mówiąc – bana. 


 

 

            Sprzedawcy mają mocne nerwy, towar usuwają w ostatniej chwili, a pociąg prawie ociera się o stragany. Wrażenie robi to w zasadzie tylko na turystach, miejscowi są przyzwyczajeni do takiego ekstremalnego handlu.




piątek, 1 listopada 2013

Janusz Korwin-Mikke donosi, czyli gówniana sprawa

             Komisja Europejska dwa lata prowadziła badania jak oszczędnie korzystać z wody w kibelku. Chodzi o ograniczenie zużycia przy spłukiwania toalet. 
               Wysiłek umysłowy był olbrzymi, ale udało się! Ustalono wreszcie europejskie standardy. Dla pisuarów określono, że optymalna „objętość spłukania” wynosi 1 l na pisuar i 5 l na „tron”. Diabeł tkwi w szczegółach, no bo co to jest ta „objętość spłukania”?
              Eksperci KE do zadania przyłożyli się jak trzeba! W dokumencie „stoi napisane”, że „objętość spłukania” definiuje się jako „średnią arytmetyczną objętości jednego pełnego spłukania oraz trzech mniejszych spłukań". Mądre, kurcze!
             Toalety i pisuary mają mieć także odpowiednie nalepki informujące, jak i na ile są przyjazne dla środowiska. Instalacja toalet, których spłuczka ma objętość 6 l i więcej ma być zakazana.
             Ciężką pracę mają europosłowie, oj ciężką!

poniedziałek, 30 września 2013

Pierwszy „job”, czyli żadna praca nie hańbi

            Nie ma pracy dla ludzi z mim wykształceniem! - mawia Ferdek Kiepski. Siedzi więc przed telewizorem i obciąga kolejne piwo. Nie sieje, nie orze, a zbiera! Za co piwkuje?! To pozostanie słodką tajemnicą scenarzystów serialu! Tak jak ubiór jego żony Halinki, która już do pracy wychodzi ubrana w fartuch i czepek pielęgniarki. Żyję już parę lat na tym najlepszym ze światów, ale takiego stwora na ulicy jeszcze nie widziałem!
            Ale „do jaja”! Skoro o aktorach mowa... Wydaje się, że światowym, hollywoodzkim gwiazdom, zawsze było z górki. Nie do końca... Pierwszą czy kolejną pracę, nie wszyscy zapamiętali „z wdzięcznością”. Czasem było nieciekawie, wręcz siermiężnie. Ale na chlebek trzeba było jakoś zarobić... 
 
Danny DeVito
           Był okres, gdy nie miał nawet na czynsz za mieszkanie. Podejmował się wszytkich prac, jakie się nawinęły. Przez pewien czas pracował w zakładzie pogrzebowym i stylizował fryzury nieboszczyków.







Christophen Walken
           Ponoć ma niebywałe podejście do zwierząt. Kiedyś zajmował się nawet ich tresowaniem w cyrku. 











 
Brad Pitt
            Pracował w restauracji El Pollo Loco na Sunset Boulevard w Los Angeles w dość specyficznej „roli”. Chodził po ulicach przebrany za kurczaka i zapraszał gości do środka.









Megan Fox
             Podobną fuchę podłapała Megan Fox. Przebrana za banana reklamowała sklep z koktajlami mlecznymi, w którym pracowała.









Jennifer Aniston
          Myła kiedyś toalety. Potem była kurierem rowerowym.


















    
Al Pacino
           Pracował jako bileter w kinie. Potem, gdy go wyrzucono, przez kilka lat był doręczycielem przesyłek w redakcji „Cemmentary”, ucząc się jednocześnie w szkole aktorskiej Herbert Berghof Studio.













 
Bruce Willis
            Zaczynał od hodowania owiec w Alabamie, później był ochroniarzem. Po przeprowadzce do Nowego Jorku pracował jako kelner w Cafe Central, która w owym czasie była popularnym miejscem spotkań amerykańskich celebrytów. Marzenia o karierze aktorskiej były jakby placem na wodzie pisane, bo... mocno się jąkał. 




Sandra Bullock
             Po porzuceniu studiów na East Carolina University w Greenville w Północnej Karolinie (ostatni semestr), przeniosła się na Manhattan, gdzie utrzymywała się pracując m.in jako barmanka, kelnerka, garderobiana, itp. 









Mickey Rourke
              Zanim został aktorem pracował w domach publicznych i nocnych klubach jako porządkowy, kładł linoleum, był tragarzem, trenerem psów obronnych oraz bokserem amatorem w Miami.















Sean Connery
              Gdy miał 13 lat, zakończył edukację. Później pracował m.in. jako ochroniarz i model. W siedemnastym roku życia wstąpił do wojska, lecz zwolniono go z powodu wrzodów żołądka. Mając 18 lat, zajął się kulturystyką – jednym z ważniejszych jego sukcesów w tej dziedzinie było zajęcie trzeciego miejsca w konkursie Mister Universum (1953 r.). Następnie dostał się do chórku marynarzy.










            Nieźle, prawda? Na polskim podwórku też by się kilkanaście takich przykładów znalazło. Tak więc - Głowa do góry! - jak mówił kat do skazańca. Może twoje pięć minut czeka za rogiem? Nadzieja, ponoć, umiera ostatnia.


poniedziałek, 23 września 2013

Statki na złom!

             Złomiarze w Polsce lekko nie mają, by zarobić na kieliszek chleba gotowi są nawet w ekspresowym tempie rozebrać tory kolejowe, czy zdemontować trakcję elektryczną. Oczywiście, gdyby to miała być oficjalna tyra, nikt by się nie fatygował.
              Tymczasem złomowanie potężnych „ustrojstw”, w tym pełnomorskich statków, może być intratnym interesem. Jest to ważny element gospodarki wielu krajów Azji Południowej.
Przodują w tym biznesie Indie i Bangladesz. 
                Złomowanie przeprowadza się w prowizorycznych stoczniach, często kilka kilometrów w głębi lądu. Statki wciąga się tam w czasie przypływu. 
             Warunki pracy są często zabójcze. Złomowanie najczęściej wiąże się z utylizacją szkodliwych odpadów i substancji, kiedyś w normalnym użyciu, jak np. azbest czy trujące farby. 
              Zdarzają się również grożące wybuchem resztki paliwa czy pozostałości ładunku.
O jakimś tam BHP nikt nie słyszał. Pracownicy zarabiają kupę szmalu, bo jakieś 5 dolców dziennie.


wtorek, 10 września 2013

Taniec zamiast dopalaczy i alkoholu!

             Dość niezwykły sposób na ranną kondycję przed pracą, poprawienie nastroju i „obudzenie”, propaguje stowarzyszenie Morning Glory (Chwała Porankom). W klubie „Podziemna Wioska” w Shoreditch (Londyn) dla rannych ptaszków zorganizowano tańce przy muzyce serwowanej przez DJ-ów oraz ożywczy masaż. 
                Pomysł rzucili producentka imprez Samantha Moyo i terapeuta Nico Thoemmes. Ma na celu eliminację dopalaczy, alkoholu i narkotyków, którymi londyńczycy często się „wspomagają”, by poprawić sobie nastrój.
               Zajęcia taneczne rozpoczęły się o 6.30 i cieszyły dużym powodzeniem. Akcja ma być powtórzona w październiku, a organizatorzy planują jej rozszerzanie na całą Wielką Brytanię.


niedziela, 8 września 2013

Zalkoholizowany bohater pracy socjalistycznej w wariatkowie

           Aleksiej Stachanow był symbolem ZSRR, podobnie jak Jurij Gagarin. Zasłynął w sierpniu 1935 r., gdy w kopalni węgla kamiennego Centralna-Irmino w Kadijewce (Donbas, Ukraina) pobił rekord wydobycia – 102 tony w 6 godzin (1475% normy!). Miał wtedy 29 lat. 
 
            Bilans kopalni wyglądał tragicznie, a dla kierownictwa zawalenie planu pięcioletniego oznaczało wyrok za sabotaż i minimum pięć lat obozu pracy. Wykombinowano, że przyda się spektakularny sukces wydobycia. Ochotników do bicia rekordu nie było, każdy wzrost wydobycia wiązał się bowiem z podwyższeniem norm. Do tego przedsięwzięcia nadawał się właśnie Aleksiej Stachanow. Chciał się „dorobić”, a jego marzeniem było... kupno konia.












              Zorganizowano mu brygadę pomocniczą, która zajmowała się „czarną robotą”.
             Przygotowano przodek, wagonetki i bierwiona do zabezpieczenia chodnika, zaś Stachanowowi przydzielono sześcioosobową asystę: pięciu górników (dwóch do ładowania i wywożenia węgla, dwóch do stemplowania chodnika, jednego do oświetlania rekordziście fedrunku) i dziennikarza lokalnej gazety. Cały urobek przypisano Stachanowowi. I potem odtrąbiono sukces na skalę krajową!
              Informacja została wysłana telegramem do Moskwy i w „Prawdzie” opublikowano artykuł o tym niezwykłym wydarzeniu. Paradoksem jest fakt, że w telegramie podano, że ferdował A. Stachanow, a redaktor nadał mu imię „Aleksander”. Stalin stwierdził, że „Prawda" nie może się mylić, więc błyskawicznie zmieniono w dokumentach imię Stachanowa. 
              Wkrótce górnik z Donbasu stał się bohaterem całego Związku Radzieckiego i zaczęła się jazda! Pojawiał się w audycjach radiowych, na plakatach, w gazetach, wygłaszał odczyty w fabrykach. Jego zdjęcie znalazło się nawet na okładce magazynu „Time”. Wykorzystując sukces Stachanowa, władze zdecydowały się na zapoczątkowanie ruchu stachanowskiego. Praktycznie każdy rodzaj pracy miał ustalane dzienne normy produkcyjne, a pracowników zachęcano do bicia rekordów.
              Sam Stachanow, „bohater pracy socjalistycznej”, za pobicie rekordu wydobycia otrzymał kasę, konia, nowe buty z cholewami i wczasy nad Morzem Czarnym. W Moskwie dostał do dyspozycji samochód i apartament w najbardziej luksusowym modernistycznym budynku, słynnym szarym domu nad rzeką Moskwą – Domu na Nabrzeżu. Budynek ten otrzymał w 1929 r. pierwszą nagrodę na międzynarodowej wystawie architektury w Paryżu. Mieszkali w nim najbardziej zasłużeni bolszewicy, m.in. marszałek Tuchaczewski i rodzina Ordżonikidze. W budynku było kino i teatr Udarnik, w każdej klatce urzędował recepcjonista, a do kuchni z wydzielonym pokojem dla służby dojeżdżały windy towarowe z zakupami.
             Odznaczono go Orderem Lenina, a legitymację partyjną podpisał osobiście Stalin.
Kilka lat po śmierci Stalina, został wysłany do miasta Torez, gdzie wkrótce o nim zapomniano. Stachanow pobierał pensję, ale do pracy chodzić nie musiał. „Lubiał wypić”, więc wkrótce stał się zdeklarowanym alkoholikiem.
             Przypomniano sobie o nim w 1970 r. z okazji 35-lecia ruchu stachanowskiego. W zasadzie dla większości (nawet dla Breżniewa) było to zaskoczenie. Powszechnie sądzono, że dawno nie żyje.
Zaczęły się ponownie zaczęły liczne podróże, odczyty, wywiady. Krótko to trwało i Stachanow znów popadł „w niebyt”. Pocieszycielką była butelka, byle pełna.
             W konsekwencji trafił do wariatkowa w Doniecku, gdzie w 1977 r. odwiedzili go dziennikarze. Stachanow od dawna nikogo nie poznawał, nie mówił. Jadł, spał i martwo patrzył w jeden punkt. Lekarze twierdzili, że być może nawet nie wie, gdzie się znajduje. Personel szpitala nie był nawet pewien, czy pacjent wie, gdzie się znajduje.
            Mówił o przyjaźni ze Stalinem, o nocnych hulankach w Moskwie, o sławie i orderach i rozdawał wymyślone nagrody. Zmarł na drugi dzień po wizycie dziennikarzy. Jego grób jest zarośnięty i zaniedbany. 
              Stachanow znalazł naśladowców w całych demoludach. W Polsce jako „stachanowiec” najbardziej zasłynął Wincenty Pstrowski. Pracując jako rębacz w kopalni „Jadwiga" w 1947 r. wystosował list otwarty do górników, wzywający do współzawodnictwa pracy i przekraczania norm. Sam był rekordzistą, wykonał 270% normy.    Ogłoszony został przez propagandę pierwszym polskim przodownikiem pracy. W wersji oficjalnej zmarł na białaczkę (w 1948 r., miał 44 lata), ale przyczyną zgonu mogło być usunięcie trzech zębów i zbyt szybki powrót do pracy, co spowodowało zakażenie krwi.









środa, 4 września 2013

Módl się i pracuj, a garb ci sam wyrośnie! Oby tylko garb!

            Karōshi to zjawisko nagłej śmierci w wyniku przepracowania i stresu. Pierwszy taki przypadek odnotowano i sklasyfikowano w Japonii w 1969 r. Dotyka nagle ludzi w pełnym zdrowiu, w okresie wzmożonej aktywności zawodowej. Szacuje się, iż rocznie z przepracowania umiera nawet 30 tys. Japończyków.
              Karōshi nie jest terminem czysto medycznym. Określenie odnosi się do przypadków zgonów lub poważnych uszczerbków na zdrowiu, spowodowanych schorzeniami krążeniowo-sercowymi (jak zawał mięśnia sercowego), których przyczyną jest sprzężenie nadciśnienia i miażdżycy z bardzo silnym przeciążeniem pracą.
             Cechą wspólną dla przypadków karōshi jest zbyt dużo pracy i stres. We wszystkich przeanalizowanych przypadkach w Japonii w latach 1974-1990, śmierć dotykała osób pracujących ponad sześćdziesiąt godzin w tygodniu, mających ponad pięćdziesiąt nadgodzin w miesiącu i niewykorzystanych ponad połowy urlopów. Karōshi nie dotyka szarych pracowników, ale przeważnie ludzi sukcesu. Ofiarą choroby stał się nawet premier Japonii, Keizō Obuchi.
Rząd Japonii zapowiedział walkę z karōshi, lecz w społeczeństwie śmierć z przepracowania staje się dowodem na bycie człowiekiem sukcesu. Staje się modne posiadanie w rodzinie kogoś takiego. Tradycja japońska szanuje osoby lekceważące śmierć, przyjmuje karōshi jako powód od dumy dla rodziny, czego milczącym potwierdzeniem są bardzo wysokie rządowe rekompensaty pieniężne.
               Objawów praktycznie się nie obserwuje. Osoby, które dotyka karōshi, czują się świetnie, nie wykazują objawów drastycznego przepracowania (często są one ukrywane). Zjawisko dotyka głównie pracoholików, osoby pilne, odpowiedzialne, perfekcyjne, ale z drugiej strony nieśmiałe, niedowartościowane, mało asertywne. 
             Karōshi odnotowano także w Polsce, chociaż nie ma oficjalnych statystyk. Portal HR24, monitorujący polski rynek pracy, przeprowadził badania, z których wynika, że prawie połowa Polaków pracuje ponad 50 godzin tygodniowo, a zdarzają się przypadki 70-godzinnej pracy. Przekłada się to na frustrację i stres, czyli otwarcie furtki do śmierci z przepracowania.
              Dotyka to przede wszystkim młodych pracowników dużych korporacji, którzy obciążeni kredytami, nie widzą przed sobą innej drogi jak tylko pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Wysokie zarobki stają się pułapką bez wyjścia, pracownik na każdym kroku stara się uwodnić swoją niezbędność i zasłużyć na premię, awans czy inne gratyfikacje. Urlop staje się marzeniem, gdyż dominuje strach, na zasadzie – jak poradzą sobie beze mnie, może się okazać, że jestem niepotrzebny.



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Robota jest robota, panie poszukiwane!

             Wiadomo – bezrobocie dotyka wszystkich, niezależnie od płci, wieku, umiejętności i wykształcenia. Ale dla niektórych pań robota jest! Portale internetowe wprost zasypywane są ogłoszeniami. Nietypowa robota, bo nietypowa, ale jest! I nie chodzi tu o banalny striptease, pozowanie do rozbieranych zdjęć czy agencję towarzyską.
            Coś dla pań „z ikrą”. Takie walki są na topie! 
 
             Taniec? Hmm... Specyficzny, ale jest! Nowa specjalizacja – polska hydrauliczka! 
               Fakt, że decyzja jest ciężka i wymaga, jak by nie patrzeć, desperacji, ale każdy orze jak może! A jak nie zawsze pozostanie zbieranie jagód, grzybów, czy praca na kasie w Biedronce.
              Rząd dba o polskie kobiety! Stwarza tyle miejsc pracy, tyle przywilejów. Dlaczego narzekają?!