kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2014

Najgorsze ZOO na świecie – słonie w łańcuchach, głodujące pelikany, małpy w klatkach z jeleniami

             Ogród zoologiczny w Surayaba (Jawa, Indonezja) uważany jest za najgorszy dla zwierząt na całym świecie. ZOO zostało otwarte w 1916 r. w czasie holenderskich rządów kolonialnych i od tego czasu praktycznie nic się nie zmieniło. Jeśli już, to na gorsze. Do klatek pakuje się coraz więcej zwierząt, które masowo umierają.
             Do niedawna nie było wiadomo, co tam się dzieje, rąbka tajemnicy uchylił były pracownik. W ciągu zaledwie trzech miesięcy zginęło tam ponad 50 zwierząt. Sprawę nagłośnił reporter Daily Mail, Richard Shears. 

 
                Słonie skute są napiętymi łańcuchami, często na ich nogach tworzą się krwawiące, bolesne rany. W zasadzie nie są w stanie zrobić nawet jednego kroku. Łańcuchy są zdejmowane dopiero na koniec dnia, po zamknięciu ZOO. Mały słonik jest „maskotką” miejscowego sklepu. 
  Wychudzony wielbłąd karmiony tylko trawą. 
 

             Po śmierci jednej z żyraf, jej szkielet po prostu trafił na jako eksponat. Prawdopodobnie zmarła po zjedzeniu 20 kg worków foliowych, które wiatr roznosił po jej klatce. 












 
              Sumatrzański tygrys trzymany w klatce z betonu. Jeden zmarł po zatruciu zgniłym mięsem, „odkażonym” formaldehydem. Lew padł z głodu. Orangutan, gatunek zagrożony wyginięciem, zmarł po zjedzeniu kamienia. Żył 12 lat, a ten gatunek osiąga wiek 60 lat. 




             Wielkie pelikany, których rozpiętość skrzydeł dochodzi do 2,5 m, stłoczone są w klatce z małym basenem. Ich liczbę szacuje się na 150 sztuk. Nie mogą swobodnie rozłożyć skrzydeł, nie wspominając nawet o lataniu. Gatunek nie jest zagrożony wymarciem, więc nikomu nie zależy ile z nich przeżyje. 
 
          Dwa gibony, które zazwyczaj mieszkają na drzewach, zostały umieszczone na wyspie otoczonej fosą, zupełnie niedostosowanej do ich potrzeb.








 
 
             Te rzadkie małpy (Proboscis), która zostały umieszczone w razem z jeleniami. Nie ma drzew, na które się mogą wspinać, po prostu umierają. 
             Ogród zoologiczny Surabaya został nazwany Zoo of Death.
             Raport niezależnego zespołu ustanowionego przez służby leśne Indonezji, jest jednoznaczny – to miejsce śmierci dla zwierząt. Nic jednak nie zostało zrobione. Inne ogrody zoologiczne odmówiły przyjęcia zwierząt ze względu na ich stan i obawy, że mogą być nosicielami chorób.
            Na pracowników i opiekunów zwierząt w Surabaya ZOO, nie ma co liczyć. Prowadzą stragany, zajmują się sprzedażą żywności i napojów i to jest dla nich najważniejsze. Przede wszystkim kasa, zdrowie zwierząt jest na dalekim planie.


sobota, 3 maja 2014

Mocny pierd!

             Gazy stada 90 cierpiących na wzdęcia krów doprowadziły do wybuchu w gospodarstwie rolnym w Rasdorfie w Hesji, w środkowych Niemczech. Wysadziły w powietrze oborę. Jedno zwierzę zostało ranne, uszkodzeniu uległ dach budynku. Stężenie metanu w oborze było bardzo wysokie, a wybuch spowodowany został wyładowaniem elektrostatycznym. Czyli, po prostu, krowy tarły się o siebie i zaiskrzyło. 
             Krowa średnio produkuje 300 litrów metanu dziennie (w porywach ponoć nawet 1000 l!), czyli 0,3 metra sześciennego. Wynika z tego, że 10 krów wystarczy, żeby zasilić w gaz w okresie zimowym dom z ogrzewaniem gazowym. Doliczyć można ogrzewanie wody i zużycie na gotowanie.


czwartek, 1 maja 2014

Delfiny na haju

            Niektórzy naukowcy twierdzą, że młode delfiny narkotyzują się rybami rozdymkami. Odkryto to przy kręceniu filmu dokumentalnego przez BBC. 
              Sprytne ssaki żują rozdymki i nawet podają je sobie nawzajem. Te ryby w sytuacji zagrożenia wytwarzają bardzo silną neurotoksynę – tetrodotoksynę, która w dużych ilościach może być śmiertelna, ale w małych dawkach powoduje stan podobny do transu. Delfiny jakby „wyeksperymentowały” bezpieczną i odpowiednią dawkę. Po przeżuciu rozdymki ssaki zachowują się nieco dziwnie. Kręcą się z nosem przy powierzchni wody, jakby zafascynowane swoim odbiciem.
            Czyżby to były zwierzęce reminiscencje z bajki „O królewnie Śnieżce”? Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie...


czwartek, 17 kwietnia 2014

Szympansy spierdoliły z zoo

            Z dość niecodzienną sytuacją mieli do czynienia pracownicy zoo w Kansas City (USA). Siedem szympansów uciekło w wybiegu, po prowizorycznej drabinie „skonstruowanej” z gałęzi drzewa. 
             Pomysł ponoć zrodził w głowie samca alfa, który potrafił do ucieczki „przekonać” pozostałą szóstkę. Małpy przez około godzinę pozostawały poza swoim terenem, zanim opiekunom udało się je zwabić z powrotem. Za przynętę posłużyły owoce i warzywa, cenione przez szympansy jako smakołyki.
Uciekinierzy wzbudzili lekką panikę wśród zwiedzających. Nic dziwnego, szympansy są cztery razy silniejsze od człowieka, a największy z nich ważył ok. 70 kg.
            Co ciekawe, „łebskiego” inicjatora ucieczki nie wykryto. Żaden z szympansów się nie przyznał.

środa, 5 marca 2014

Fotka ze słoniem

            Obok samojebek największym powodzeniem cieszą się fotki pstrykane na zasadzie - „Byłem tu. Tony Halik”. Czasem na „pstrykaczy” czekają zupełnie niespodziewane niespodzianki. No i fajnie! Udało mi się „ładnie” napisać, tak jakby były „spodziewane niespodzianki”. Fachowo nazywa się to pleonazm, po naszemu „masło maślane”. Ale ad rem, czyli „do jaja”!
            Niecodzienną przygodę przeżyły turystki Lisa Marie Winther z Norwegii, Deb Sulzbergera z Australii oraz Jane Burnett, Nicky Walker i Sarah Daly z Wielkiej Brytanii. Poprosiły o pstryknięcie pamiątkowej fotki w rezerwacie przyrody w Imire (Zimbanwe), gdzie pracowały jako wolontariuszki.
           Do zdjęcia pozował również 7-tonowy słoń, który jakby nic, stanął sobie za niczego nieświadomymi turystkami. 
              Jego kumpel nie chciał być gorszy i po chwili również wszedł w kadr.
Zdjęcia zrobił 24-letni Szwed, Marcus Soderlund, który także w tym rezerwacie pracował jako wolontariusz.
             Słonie były bardzo przyjacielskie, nic nikomu się nie stało.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Ale świnia!

          Corocznie w miejscowości Yingko na Tajwanie obchodzone jest „Święto świni” .

 
           Organizuje je taoistyczna świątynia Sanhsia Tzushih, a polega najprościej mówiąc, na rytualnym uboju tucznika. Świnie są na siłę dokarmiane, karmę wtłacza się im do pyska, trzymane są w małych kojcach, by nie energii na ruch. Osiągają wagę dziesięć razy większą niż hodowane normalnie. W tym roku rekordowy tucznik osiągnął wagę 936 kg. 




               Rolnik, który wyhoduje najcięższą świnię i wygra konkurs, załapie się na niezłą kasę – uwaga! – wypłacaną w czystym złocie. 
              W finale waży się dziesięć świń, potem dostępują zaszczytu publicznego podcięcia gardła, co ma zapewnić przychylność bogów przez cały rok. 
             „Święto świni” obchodzone na początku nowego roku, ma wielopokoleniową tradycję, ale ostatnio spotyka się z publiczną krytyką ze strony rzeczników praw zwierząt. Wzywają do zaprzestania tych barbarzyńskich praktyk, ale jak na razie bez skutku. Niby jest obietnica zniesienia konkursu do 2017 r. , ale to palcem na wodzie pisane „obiecanki-cacanki”.


sobota, 8 lutego 2014

Bzyknąć kozę czy posła Krystynę Pawłowicz?

Marek Domaracki jest posłem Twojego Ruchu i pewnie mocno zasugerował się nazwą
ugrupowania. Jak dziecko, tylko ruchanie mu w głowie! Język ma bardziej „wyszukany”, ale gust specyficzny. Na jednym z portali społecznościowych napisał, że „wolałby bzyknąć kozę niż posłankę Pawłowicz”. Widocznie za zwojach jeszcze iskrzyło, bo po chwili dopisał „posełkę” Beatę Kempę. Po jakimś czasie wpis usunął. 
            Cóż one, biedne, mu zawiniły?! Prawdą mówiąc, są dwie szkoły. Jedna mówi, że najbardziej sexi jest intelekt, druga, że jednak cipka i jej ładne opakowanie. No cóż, obie „posełki”, w moim przekonaniu, promocji by nie otrzymały w żadnej z nich.
Żeby było śmieszniej, Marek Domaracki należy m.in. do parlamentarnego zespołu ds. osób głuchych oraz... do zespołu ds. równości kobiet i mężczyzn.
A za kozami kto się ujmie? Może górale, bo jakby co, chyba wolą owieczki!

niedziela, 2 lutego 2014

Ślady na śniegu, czyli tropiciel w akcji

              Zasypało mnie wszystko na biało, przynajmniej u mnie na wsi. Zimno i głodno, bo chleba nie dowieźli. Cierpią też nasi „bracia mniejsi”, w poszukiwaniu pożywienia, czasem kilometrami, przemierzają białe przestrzenie. Znaczą drogę tropami, które są dla wprawnego oka bardzo charakterystyczne. 
             Czasem dokładna analiza takich tropów pozwala nie tylko na określenie gatunku „brata”, ale również okoliczności pozostawienia śladów. Walka o przerwanie jest czasem na granicy życia i śmierci.
                 Pan Zenek po imieninach. To nie jebajka, to jebitwa!
 

piątek, 17 stycznia 2014

Pancerny kot bojowy

            Kota można mieć w domu, ale również w głowie. W USA popularne staje się wyposażenie kota w „zbroję”, by mógł lepiej sprostać prowadzonym nocą walkom. Specjalizuje się w tym sklep Etsy w Phoenix (Arizona). 
              Pancerz jest ręcznie szyty ze skóry, a poszczególne elementy łączone są niklowanymi nitami. Przy szyi zastosowano dwie srebrne klamry. 
              Tak ubrany kot przypomina smoka, z łuskowatym grzebieniem na grzbiecie. Te na zdjęciu minę mają niepewną, jakby nie doceniały starań ich właścicieli o podwyższenie „siły bojowej” ulubieńca.
             Taka kocia zbroja kosztuje – bagatela! - około 500 $.
             Wkrótce „uzbroić” będzie można i innych czworonożnych przyjaciół. Sklep Etsy (notabene szyje również fantastyczne „uniformy” punkowe) planuje wykonywanie „zbroi” na zamówienie, np. dla chomików.


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Morze wielorybiej krwi na Wyspach Owczych

Wyspy Owcze są protektoratem Danii, mieszka tam około 48 tysięcy osób. Przez cztery wieki kwitła tradycja połowu wielorybów i od rezultatu wypraw zależało życie mieszkańców. Co będzie? Głód czy sytość?
Na Morzu Norweskim, na Wyspach Owczych, coroczne odbywa się polowanie na grindwale - walenie zaliczane do delfinów. Co roku w okresie lipca i sierpnia rybacy zaganiają je swoimi łodziami w głąb zatoki i zabijają harpunami. Uczestniczą w tym całe rodziny - od ojców, przez matki, aż po małe dzieci. Bankierzy, rybacy, szewcy, przedsiębiorcy i sprzedawcy, nie ma znaczenia wykształcenie i pozycja społeczna. Udział może wziąć każdy chętny, a mięso i tłuszcz podzielone są równo pomiędzy wszystkich mieszkańców wsi. Corocznie ginie tam od 600 do 1000 sztuk grindwali.




  Zdjęcia zrobił Benjamin Rasmussen w czasie polowania (tzw. Grindadrap) w Klaksvík. Proceder ten nie wynika już z potrzeb ekonomicznych, a jest uzasadniany jedynie tradycją. Podobno takie „polowanie” podlega ścisłym regułom i zasadom, jest nadzorowane przez specjalne komisje.
Mieszkańcy Wysp Owczych swoje okrucieństwo tłumaczą nie tylko tradycją. Jest to również okazją dla dorastających chłopców, by zabijając walenie udowodnili swoje męstwo.
Sięgają też do argumentów ustrojowych. Dla nich do przykład „kultury socjalistycznej”, czyli współpracy i dzielenia się „dobrem”.

piątek, 20 grudnia 2013

Prawdziwe psy wojny

              Zwierzęta od zarania dziejów używane były przez człowieka podczas wojny. Służyły jako siła pociągowa czy do transportu sprzętu (słonie, konie, wielbłądy), ale również jako broń. Tutaj specyficzną rolę pełniły specjalnie szkolone psy. W starożytności były formowane nawet specjalne psie oddziały, tworzone z najbardziej agresywnych czworonogów.
             W czasach nowożytnych chyba jako pierwsi psimi „wojownikami” zainteresowali się Rosjanie. Decyzję o przysposobieniu ich do służby wojskowej podjęto około 1924 r. Pod Moskwą utworzono specjalny ośrodek szkoleniowy, a trafiały tam zwierzęta szkolone później przez instruktorów, treserów cyrkowych, myśliwych i naukowców. Utworzono 13 placówek tego typu. 
              Początkowo zwierzęta szkolono do przenoszenia wyposażenia, znajdowania min i zadań ratowniczych. Na początku lat 30. „fachowcy” doszli do wniosku, że psy można wykorzystać jako broń przeciwczołgową. Tresowano czworonogi do przenoszenia min i bomb, które miały umieścić pod czołgiem i … uciekać. Diabeł, jak zwykle, tkwił w szczegółach. Pies musiał jakoś ładunek odczepić, co okazało się dużym problemem. Czasem, po prostu, wracały z miną na grzbiecie. Drugim problem stanowiły czasowe zapalniki, które służyły do zdalnej detonacji. A czołg w miejscu nie stał!
             Rozwiązanie narzucało się samo – ładunki mocowano na stałe, skazując psa na śmierć.
Sam trening był bardzo okrutny. Psy głodzono, a jedzenie umieszczano pod czołgiem. Symulowano nawet bitwę i wybuchy, by zwierzęta nie panikowały. 
              Tak szkolone psy pojawiły się w 1941 r., podczas agresji Niemiec na ZSRR. Do walki posłano ich trzydzieści, ale efekt był mizerny. Stały się łatwym celem dla snajperów, a jedzenie nie było zbyt mocną motywacją. Psy nieco głupiały widząc inne czołgi, niż te, przy jakich były szkolone. Na swój rozum problem rozwiązały prawidłowo, wracały pod „znajome” czołgi. Pomysł z taką bronią przeciwpancerną spalił więc na panewce.
                Rosjanie nie byli jedynymi, którzy do przenoszenia min i bomb używali psów. Ich śladem poszli Amerykanie i Japończycy, a jeszcze w 2007 r. Irakijczycy. 
              Do przenoszenia ładunków tresowano również delfiny, koty, ptaki, szczury, wielbłądy, konie, osły i muły.
             Ocenia się, że w czasie II wojny światowej zginęło ponad 20 tysięcy psów.
             Taak... Człowiek to brzmi dumnie! Potrafi się zaopiekować swoim najwierniejszym przyjacielem.


środa, 4 grudnia 2013

Kochanek klaczy Nadii

            Mieszkający w Hidalgo Contry (Teksas), 43-letni Amerykanin Cirilo Castillo, „pokochał” klacz o imieniu Nadia. Ma na jej punkcie prawdziwą obsesję. 
 
               W 2012 r,. został aresztowany za seks z dwoma końmi (jednym z nich była Nadia), ale zwolniono go w kwietniu tego roku. Po trzech miesiącach zatrzymano go ponownie, znów z Nadią uprawiał seks, co zostało sfilmowane przez właściciela rancha. 




To jego „ukochana”:
 
           Castillo został oskarżony o znęcanie się nad zwierzętami i do wszystkiego się przyznał. Jak sam zeznał, Nadia nie była „przychylna” jego „zalotom”. Próbowała się odsuwać, ale bez powodzenia, mężczyzna był uparty w swych „dążeniach”.
           Na razie przebywa w areszcie, wyznaczona kaucja 35 tys. dolarów jest poza jego zasięgiem finansowym. Prawdopodobnie zostanie skierowany na przymusowe leczenie psychiatryczne.
           Co by nie mówić, wierny jest swojej „wybrance”!

 

sobota, 23 listopada 2013

Pijany jak Polak, pijany jak świnia…

             Powiedzenie „pijany jak Polak”, ponoć ma korzenie we Francji. Wbrew pozorom, nie jest tak zupełnie „do tyłu”. Oznacza bowiem kogoś, kto mimo stanu „wyraźnie wskazującego”, zachowuje sprawność fizyczną i „jeszcze” myśli. Innymi słowy człowieka z „mocną głową", co to lubi i może wypić. Chodzi to jeszcze inaczej, określa człowieka z nieprzeciętną odwagą i brawurą.
Znane są, co najmniej, trzy wersje pochodzenia tego powiedzenia, ale wszystkie wiążą się z postawą polskich żołnierzy w czasie wojen napoleońskich.
Wąwóz Somosierra
Rozkaz szarżowania wąwozu na przełęczy Somosierra (1808 r.) wywołał wśród generałów otaczających cesarza tak wielkie zdumienie, że jeden z nich miał powiedzieć: „Trzeba być pijanym, by taki rozkaz wydać i trzeba być pijanym, by go wykonać”.
To raczej mało prawdopodobne. Inny przekaz mówi, ze słowa te brzmiały: „Trzeba być pijanym, by wykonać taki rozkaz”. Po zwycięskiej szarży Napoleon dowiedział się o tych słowach i podobno powiedział: „Chciałbym, żeby wszyscy moi żołnierze byli pijani jak ci Polacy”.
  Porządek musi być!
Po jednej z bitew z hiszpańskimi powstańcami, żołnierzom wydano dodatkowe racje gorzałki i innych trunków. W nocy niespodziewanie na inspekcję oddziałów przyjechał Napoleon wraz ze swoim sztabem. Ogłoszono alarm, co spowodowało niezły kocioł.
Jedynie oddziały polskie stanęły natychmiast do przeglądu w należytym porządku, pozdrawiając Napoleona okrzykami. Bonaparte, zwracając się do sztabu, powiedział: „Życzyłbym sobie, aby każdy żołnierz mojej armii był zawsze pijany jak Polak”.
  Bitwa pod Frydlandem
Po bitwie (1807 r.), w której brali w udział m.in. Wielkopolanie dowodzeni przez Jana Henryka Dąbrowskiego, zarządzono odpoczynek i… rozpoczęło się ponoć trzydniowe pijaństwo. W gardło dawali wszyscy, ale gdy niespodziewanie Rosjanie rozpoczęli kontratak, okazało się, że jedynie Polacy stanęli do walki, reszta wojska była zbyt nawalona.
Udało im się powstrzymać nieprzyjaciela i osłonić resztę armii. Napoleon miał w rozkazie dziennym następnego dnia napisać: „Jeżeli już macie pić, to pijcie jak Polacy”.
Hmmm… Nie od dzisiaj wiadomo, że człowiek nie wielbłąd, napić się musi, szczególnie Polak. W sprawach „gardłowych” dużo do powiedzenia miał by wywodzący się z zamku Świny (Pogórze Bolkowskie, Dolny Śląsk) ród Świnków (von Schweinichen). 
Władał od 1270 r. zamczyskiem i jego rzeźbiony herb widnieje ponad wejściem do zamku. Ród Świnków zasłynął z konsumpcji ogromnych ilości alkoholu, głównie wina. Kilkupokoleniowa „wprawa” spowodowała przekazywaną genetycznie, dużą odporność „na procenty”
Przykładem specyficznego „talentu” rodu może być odnotowana wzmianka o pijackim pojedynku (1750 r), podczas którego Georg von Schweinichen, wypił ceber do pojenia koni napełniony winem.
Inni „rodowi” nie pozostawali w tyle, odnotowując kolejne rekordy i alkoholowe ekscesy. Czasem jednak przeceniali swoje siły i „legli w boju”. Stąd też po okolicy krążyło powiedzenie: „Pijany jak Świnka”, przerobione później, pewnie spontanicznie i „okolicznościowo”, ze względu na zachowania i wygląd „amatora kwaśnych jabłek”, na bardziej adekwatne i zrozumiałe: „Pijany jak świnia”.

 



poniedziałek, 14 października 2013

Zmutowane szerszenie atakują!

             W Chinach pojawiła się mutowana odmiana szerszeni, które atakują ludzi. Roje olbrzymich owadów pojawiły się najpierw w okolicach miast Angkang, Hanzhong i Xi'an, a rozprzestrzeniają się w niespotykanym tempie. 
               Są około cztery razy większe niż „normalne” pszczoły, dochodzi do 5 cm. Samo żądło ma ok. 6 mm długości. Przez ukąszenia zabiły już 40 osób, 37 jest w stanie krytycznym, a rannych 1600. Większość zgonów spowodowanych jest alergią na jad, który ma specyficzny skład.
               Ofiary ataków szerszeni, leczy się w szpitalach specjalną terapią. Czasem potrzebnych jest 13 zabiegów dializy, a szwy liczy się na setki. Rany po ukąszeniach przypominają postrzały z broni palnej.
              Agresja szerszeni wzrosła na przełomie września i października, gdyż jest to czas ich migracji. Sprzyja temu również sucha i ciepła pogoda. 
              „Szef” roju ma pomarańczowy odwłok i jest wyraźnie większy od innych osobników.
Zmutowane szerszenie pojawiły się również na Węgrzech, a we Francji zdziesiątkowały populację pszczół. Uważa się, że dostały się do tego kraju wraz z importem chińskiej ceramiki w 2004 r. Rozprzestrzeniają się głównie wzdłuż cieków wodnych, a kilka takich szerszeni może unicestwić 30.000 pszczół w ciągu kilku godzin. Są bowiem drapieżne, odżywiają się mniejszymi owadami (muchy, pszczoły, modliszki).
              Coraz większe są obawy, że szerszenie dostaną się do Wielkiej Brytanii i innych europejskich krajów. Swoją drogą Wilka Bratania i tak ma problem z utrzymaniem populacji pszczół. Atakują je roztocza Varroa.


 
 

środa, 18 września 2013

Rekin spacerujący po dnie oceanu

             Australijscy naukowcy odkryli w wodach wschodniej Indonezji nowy gatunek „chodzącego" rekina. Dotychczas znane były dwa gatunki, które poruszają się odpychając płetwami piersiowymi i miednicy od podłoża, co przypomina „chodzenie”. 
             Nowy gatunek rekina, zupełnie niegroźny dla ludzi, nazwano Hemiscyllium Halmahera. Osiąga długość do 70 cm. Według ichtiologów jest najbardziej podobny do gatunku Hemiscyllium Galei, który można spotkać w zachodniej Papui Nowej Gwinei. Wyraźnie jednak różni się ubarwieniem.
Znane są ryby „latające”, pływające pionowo, żyjące przemiennie w wodzie i na drzewach, teraz ryba „chodzi”. O tempora, o mores!
             Przypomina mi się stary, ale jakby na czasie dowcip.
Dwie krowy siedzą na drzewie i robią na drutach.
- Słoń przeleciał – mówi jedna z nich. Druga milczy.
- Drugi słoń przeleciał!
- Co się tak dziwisz? Może szukają sobie nowego gniazda?
 

poniedziałek, 2 września 2013

Kryzys tożsamości, czyli bocianowi odbiło

             Bocian, któremu poluzowały się śrubki w mózgu, zaatakował w niemieckiej wiosce Bergholzers (land Meklemburgia-Pomorze Przednie) zaparkowane tam samochody. Dziobał przede wszystkim lusterka i szyby, ale nie oszczędził również blacharki. Jego „łupem” padły co najmniej cztery pojazdy. Zdarza się, że atakuje także szyby w okolicznych domach. Straty wynoszą tysiąc euro. 
               Ornitolodzy twierdzą, że to „kryzys tożsamości”. Widząc swoje odbicie, sądzi, że to jakiś rywal i broni swojego potomstwa. W gnieździe bowiem ma trójkę „małych”, które jeszcze nie potrafią latać.
Mieszkańcy wsi boją się ataków bociana i ograniczają wychodzenie z domów.. Bronią się jak mogą, w granicach prawa. Na oszklonych drzwiach wieszają na noc koce, chronią również szyby.
              Cała nadzieja w tym, że wkrótce rozpocznie się sezon migracji bocianów i kłopotliwa „rodzinka” odleci na południe.



wtorek, 27 sierpnia 2013

Krecie! Ty pedofilu jeden!

             Pedofilia najczęściej (i słusznie!) kojarzy się z dewiacją seksualną skierowaną na dzieci w okresie okresie przedpokwitaniowym lub wczesnej fazie pokwitania. Może być przejawem choroby, infantylności, uwiądu starczego, perwersji czy pseudoperwersji. Jak donoszą statystyki policyjne oraz badania psychologiczne ok. 99% przypadków czynnej pedofilii dotyczy mężczyzn, a ok. 1% przypadków dotyczy kobiet, choć te proporcje mogą być mylące.
 
             Termin ten wprowadził w 1886 r. austriacko-niemiecki psychiatra Richard von Krafft-Ebing. W języku greckim „pedon” to ziemia.
             Ale, ale! Pedofil to również gatunek zwierząt żyjący (rozwijający się) w glebie. Termin stosowany jest w ekologii. 













 
             Do pedofili zaliczyć można wiele larw owadów (np. larw z rodziny Tabanidae), wiele innych bezkręgowców, które cały cykl życiowy spędzają w glebie (np. dżdżownica) lub kręgowców (kret, ślepiec).







              Hmmm... Wynika z tego, że wędkarze łowią ryby „na pedofila”. Dobre sobie!


piątek, 16 sierpnia 2013

Panowie! Uwaga na klejnoty!

           W rejonie cieśniny Sund rybak złowił peruwiańską rybę piripatinga, zwaną również pacu i zaczęło się!
            Ma niezwykłe, przypominające nieco ludzkie, uzębienie i zyskała ponurą sławę wśród rybaków z Papui Nowej Gwinei. Wyciągając sieć z rzeki, zazwyczaj wchodzą do wody po pas, czasem nawet głębiej. Pacu dwóm z nich odgryzła jądra i zanim przybyła pomoc, wykrwawili się na śmierć. Ryba wśród Papuasów zyskała miano: „odgryzacza jaj”.
             Środowisko naturalne piripatingi to dorzecze Amazonki. Żywi się głównie orzechami i nasionami. Ryba jest wegetarianką i nie atakuje ani innych zwierząt ani ludzi. 15 lat temu jakiś „geniusz” wpadł na pomysł, żeby zarybić nią wody Papui Nowej Gwinei. Problem w tym, że nie ma w nich orzechów ani nasion. Ryba zaczęła żywić się mięsem, a męskie klejnoty bardzo przypominające jej orzechy stały się jej przysmakiem. 
               Zdarzają się okazy pacu wielkością sięgające nawet 90 cm i ważące niemal 25 kg.
               Złowiona w Bałtyku ryba mierzyła 25 centymetrów, naukowcy głowią się jak do nas trafiła. Na wszelki wypadek szwedzkie i duńskie władze ostrzegają panów przed kąpielą nago.
              Po co ryzykować? Ponoć strzeżonego, pan Bóg strzeże.


czwartek, 15 sierpnia 2013

Martwe delfiny i gryzonie wyrzucone przez ocean

           Huragany i tornada, które przetaczają się w zasadzie przez cały świat, są zabójcze nie tylko dla ludzi. Huragan Isaac, cyklon tropikalny, który zagroził Florydzie oraz Zatoce Meksykańskiej, a także Alabamie, Missisipi i wschodniej Luizjanie, uformował się w sierpniu zeszłego roku. Powstał przy wybrzeżu Małych Antyli i był dziewiątym cyklonem i dziewiątą burzą tropikalną w 2012 r. Przeszedł przez Haiti, dotarł do wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Miejscami zalane zostały przybrzeżne dzielnice Nowego Orleanu. Łącznie zginęły 44 osoby. 

              Po przejściu huraganu na plażach południowego Missisipi tego ocean wyrzucił tysiące martwych szczurów i nutrii. Próbowały się ratować, gdy cyklon uderzył w ich legowiska na bagnach. Salwowały się ucieczką, ale potopiły się, gdy opadły z sił.
             W hrabstwie Hancock zebrano około 16 tys. martwych zwierząt. W pobliskim hrabstwie Harrison zginęło 16 ton szczurów.
             Stan Missisipi musiał czyścić swoje plaże m.in po huraganach Katrina i Gustav. 
 
              Nie była to jedyna hekatomba zwierząt w tym roku. Od stycznia media donosiły o masowych zgonach delfinów, których zwłoki były wyrzucane przez ocean na plaże w Peru. Ekolodzy szacują, że zginąć mogło już około 3 tys. tych zwierząt. Powodów tej tragedii nigdy dokładnie nie ustalono.
              Jedna z hipotez mówiła, głosi, że za śmierć delfinów odpowiedzialne były potężne statki, poszukujące złóż ropy naftowej. Sondują one dno oceanu za pomocą bardzo mocnych fal dźwiękowych, które mogą powodować u ssaków nieodwracalne szkody organiczne. Zwierzęta narażone są wtedy na wewnętrzne krwotoki i tracą niezbędną dla nich orientację przestrzenną.
              Amerykańskie firmy zobowiązały się zaprzestać sondowania akustycznego na kilka miesięcy w obawie przed dalszą redukcją populacji delfinów w okolicach Peru.
             Oprócz delfinów, na plażach odnaleziono także tysiące martwych ryb, głównie sardeli.
             Nie pierwszy to przypadek, gdy człowiek "pomaga" naturze zniszczyć to, co jest do zniszczenia, zabić, co jest do zabicia. Jakby zanikał instynkt samozachowawczy, a ostrzeżenia ekologów traktuje się jak bajdy nawiedzonych oszołomów.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Pies – najwierniejszy przyjaciel człowieka, czy „nowa broń”

             Amerykańska policja wyposażyła „służbowe psy” w tytanowe kły, najczęściej w miejsce tych naturalnych, z różnych powodów uszkodzonych.
              Zabieg, któremu rocznie poddawanych jest ok. 600 psów, obywa się więc bez dentysty. Ma to na celu przedłużenie ich „służbowej” przydatności. Najczęściej są to owczarki alzackie.
             Takie „zamontowanie” czterech zębów kosztuje około 600 dolców. Ponoć się to opłaca, gdyż szkolenie nowego psa wycenia się na ok. 10 tys. baksów.
             Przestępców o zdanie nie pytano. Swoją drogą, psy jak ludzie, mają swoje fobie i „odloty”. Trafić na takiego przyjemnością na pewno nie jest, ale i bez tytanowych kłów strach się bać.