kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 kwietnia 2014

Wielkanoc - smacznie było?!

           Dwa dni tradycyjnego obżarstwa minęły, teraz na wagę i dieta! Ciekawe jak świętowali „smakosze” dość niecodziennych „potraw”, bo jak się okazuje jeść można dosłownie wszystko. A to popiół z papierosów, kawałki plastyku, gumę, glinę, skórę, części metalowe itd. itp. Rodzi się pytanie – jest coś w ogóle, czego nie można zjeść? Co nie jest jedzeniem? 
             21-letnia Brytyjka Kerry Trebil jest uzależniona od mydła. Ponoć zjadła już 4 tys. Gąbek do mycia ciała i naczyń oraz 100 tys. kostek mydła. 
               30-letni Hindus Pakkirappa Hunagundi „lubi” żwir, cegły, błoto czy żwir. Zaczął to konsumować w wieku 10 lat, ponoć na zdrowie i zęby nie narzeka. 
               Pochodzący z Grenoble Monsieur Mangetout (Pan Jedzący Wszystko), a właściwie Michel Lotito, pracował w branży rozrywkowej. Podczas swoich występów konsumował metal, szkło, gumę, ba! Zjadał nawet całe rowery, telewizory czy części samochodowe. Podjął się nawet próby zjedzenia samolotu Cessna 150 - co zajęło mu niemal dwa lata (1978-1980). Jak sam przyznawał, jedzeniem „dziwnych rzeczy" zajmował się od zawsze. Zmarł w 2007 r. przyczyn naturalnych (miał 57 lat). Podobno Michel Lotito zjadł w sumie ponad tonę metalu.
              Takie zaburzenie odżywiania fachowo nazywa się PICA. Polega na występowaniu apetytu na przedmioty nie będące żywnością (np. ziemia, kreda, węgiel) lub ogromny apetyt na rzeczy, które są w pewnym sensie żywnością, takie jak nieprzetworzone składniki żywności (np. mąka, surowe ziemniaki, skrobia). Obserwuje się je u wszystkich grup wiekowych, ale najczęściej u kobiet w ciąży i u małych dzieci, zwłaszcza opóźnionych w rozwoju, wśród których jest to najbardziej rozpowszechnione zaburzenie odżywiania.
             Osoby chore najczęściej wstydzą się swojego uzależnienia i je skrzętne ukrywają. A że dziwne to upodabnia, nie trzeba chyba uzasadniać.
             A co można zjeść? Aerofagia (połykanie powietrza), amylofagia (konsumpcja skrobi), kautopireiofagia (zjadanie wypalonych zapałek), koniofagia (konsumpcja kurzu), koprofagia (konsumpcja kału), emitofagia (konsumpcja wymiocin), geomelofagia (nienormalne zjadanie surowych ziemniaków), geofagia (zjadanie ziemi), hematofagia (wypijanie krwi), hialofagia (konsumpcja szkła – np. z okien i butelek), litofagia (zjadanie kamieni), autokanibalizm (zjadanie własnych części ciała), trichofagia (zjadanie włosów lub wełny), urofagia (wypijanie moczu), ksylofagia (konsumpcja drewna), mukofagia (konsumpcja wydzielin z nosa).
            Wystarczy?! No to smacznego!
            Święta minęły, ale nie wszędzie i niezupełnie. Dzisiaj czas na rękawkę. To polski zwyczaj, obchodzony w Krakowie we wtorek po świętach wielkanocnych. Współczesne Święto Rękawki odbywa się na Wzgórzu Lasoty i pod Kopcem Krakusa.
             Nazwa zwyczaju pochodzi od nazwy kopca, co wiąże się z Kopcem Kraka. Legenda mówi, że został usypany po śmierci króla z ziemi noszonej w rękawach.
             Do przejawów pierwotnej czci oddawanej zmarłym, należało między innymi, zrzucanie ze wzgórza pokarmów i monet. Po stoku kopca zamożni mieszczanie toczyli jajka, szewskie placki, obwarzanki, bułki, jabłka, pierniki, wprost w ręce chłopców i gawiedzi. Jeszcze w 1939 r. największą atrakcją było rzucanie z góry chleba, jabłek, pisanek, zabawek, baloników.

sobota, 19 kwietnia 2014

Piwko na dobry początek świętowania

              Każda sobota jest wielka, ale ta chyba „największa”! Powoli trzeba trenować przed świętami, a jako „wprawka” nie ma nic lepszego jak browar! No, najwyżej dwa albo siedem! 




 
             A że browarek może być „święty” świadczy buddyjska świątynia Wat Pa Maha Chedi Kaew, znana także jako Wat Lan Kuad lub „świątyni miliona butelek”. Znajduje się około 400 km na północny wschód od Bangkoku, w mieście Khun Han, w prowincji Sisaket, w pobliżu granicy z Kambodżą. Zbudowana została przez mnichów z butelek po heinekenie (zielone) i Chang Beer (brązowe). 
















 
              Z butelek zbudowane jest wszystko – poczynając od krematorium, przez wieżę ciśnień i pomieszczenia, a skończywszy na kibelku. Wykorzystano również kapsle, z nich zrobione są mozaiki, głównie Buddy.
             „Materiały budowlane” znosili miejscowi mieszkańcy, a budowa ruszyła w 1984 r. Picie piwa w buddyzmie jest grzechem, ale rezydujący w świątyni mnisi wręcz zachęcają do dostarczania „świeżego” tworzywa, z którego ciągle powstają nowe struktury.
             Ocenia się, ze na budowę świątyni zużyto już ponad 1,5 miliona butelek. Co by nie mówić, dobry pomysł na recykling! Na ulicach Khun Han butelki nie uświadczysz! Przeniosło to się też na inne śmieci. Mieszkańcy Khun Han stali się prawdziwymi ekologami. A ponoć miasto było niesamowicie zaśmiecone.



wtorek, 1 kwietnia 2014

Prima aprilis, czyli jaja jak berety!

             Żarty, dowcipy, kawały, jaja prima aprilisowe mają bawić, ale różnie z tym bywa. Co by jednak nie mówić, świadczą o rodzaju poczucia humoru żartownisia. Wejścia typu – pobrudziłeś się sadzą czy tusz ci się rozmazał, nie są najwyższego lotu. Klasyka dowcipów jeszcze dycha, ale zdycha. Czasem zdarza się list, gdzie na kopercie widnieje adnotacja - „Piszę w ostatniej chwili, to stało się nagle. Nasz córka zachorowała” - czy wersja druga - „Jestem w ciąży”. W wydaniu „odwrotnym” może być – Mąż panią zdradza” czy „Od dawna spotykam się z pani mężem i planujemy wspólne życie”. 
              Klasyki ciąg dalszy...
 
           Można jednak „po bandzie”. Podłożyć takie „cuś” i uciech co niemiara!











             To już "czarny humor", poza klasyfikacją!
             W krajach anglojęzycznych 1 kwietnia jest nazywany „Dniem Głupców” (April Fools’ Day lub All Fools’ Day). 
 
            Z kolei w krajach o korzeniach germańskich dzień ten jest nazywany po prostu „1 kwietnia", a żart określa się jako Aprilscherz lub np. Aprilskämt (Szwecja). We Francji Prima aprilis jest określany jako „Dzień kwietniowej ryby” (Jour du poisson d’avril) a pierwszokwietniowe żarty nazywane są „kwietniowa ryba” (Poisson d’avril).





 
              W Szkocji znany jest jako „polowanie na głupca” (Hunt the gowk Day), na Litwie „Dzień kłamcy” (Melagio diena), w Portugalii „Dzień kłamstwa” (Dia da mentira), a w Rosji „Dzień śmiechu” (Dien smiecha).
             W krajach hiszpańskojęzycznych odpowiednikiem Prima aprilis jest 28 grudnia - Día de los Santos Inocentes - katolickie święto Dzień Niewiniątek. 



           Dobry żart, tymfa wart! 
               Ale jak nie jest dobry, nerwy mogą ponieść...


poniedziałek, 10 lutego 2014

Ale świnia!

          Corocznie w miejscowości Yingko na Tajwanie obchodzone jest „Święto świni” .

 
           Organizuje je taoistyczna świątynia Sanhsia Tzushih, a polega najprościej mówiąc, na rytualnym uboju tucznika. Świnie są na siłę dokarmiane, karmę wtłacza się im do pyska, trzymane są w małych kojcach, by nie energii na ruch. Osiągają wagę dziesięć razy większą niż hodowane normalnie. W tym roku rekordowy tucznik osiągnął wagę 936 kg. 




               Rolnik, który wyhoduje najcięższą świnię i wygra konkurs, załapie się na niezłą kasę – uwaga! – wypłacaną w czystym złocie. 
              W finale waży się dziesięć świń, potem dostępują zaszczytu publicznego podcięcia gardła, co ma zapewnić przychylność bogów przez cały rok. 
             „Święto świni” obchodzone na początku nowego roku, ma wielopokoleniową tradycję, ale ostatnio spotyka się z publiczną krytyką ze strony rzeczników praw zwierząt. Wzywają do zaprzestania tych barbarzyńskich praktyk, ale jak na razie bez skutku. Niby jest obietnica zniesienia konkursu do 2017 r. , ale to palcem na wodzie pisane „obiecanki-cacanki”.


niedziela, 19 stycznia 2014

Częste mycie, skraca życie

             Wiadomo – zimna woda, zdrowia doda! Ale z drugiej strony od samego brudu i smrodu jeszcze nikt nie umarł, na zapalenie płuc, tak. 
              80-letni Irańczyk Amoo Hadju poszedł po bandzie, ponoć nie myje się już 60 lat. Mieszka w wiosce Dezhgah, w prowincji Fars. Dlaczego unika wody, pozostaje jego tajemnicą. 
             Stał się swoistą atrakcją turystyczną, ale sam, ponoć, niewiele kuma. Jeśli ktoś poczęstuje go papierosem, a najlepiej kilkoma, jara wszystkie naraz.
                Na co dzień zadowolić się musi fajką, w której pali krowie odchody. 
               Ze smakołyków najlepiej podchodzi mu zgniłe mięso, czasem bowiem uda mu się znaleźć jakąś padlinę. W zasadzie tego rodzaju „dieta” i „higiena” wyraźnie mu służy, gdyż w tym regionie ludzie umierają przed siedemdziesiątką.

 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Morze wielorybiej krwi na Wyspach Owczych

Wyspy Owcze są protektoratem Danii, mieszka tam około 48 tysięcy osób. Przez cztery wieki kwitła tradycja połowu wielorybów i od rezultatu wypraw zależało życie mieszkańców. Co będzie? Głód czy sytość?
Na Morzu Norweskim, na Wyspach Owczych, coroczne odbywa się polowanie na grindwale - walenie zaliczane do delfinów. Co roku w okresie lipca i sierpnia rybacy zaganiają je swoimi łodziami w głąb zatoki i zabijają harpunami. Uczestniczą w tym całe rodziny - od ojców, przez matki, aż po małe dzieci. Bankierzy, rybacy, szewcy, przedsiębiorcy i sprzedawcy, nie ma znaczenia wykształcenie i pozycja społeczna. Udział może wziąć każdy chętny, a mięso i tłuszcz podzielone są równo pomiędzy wszystkich mieszkańców wsi. Corocznie ginie tam od 600 do 1000 sztuk grindwali.




  Zdjęcia zrobił Benjamin Rasmussen w czasie polowania (tzw. Grindadrap) w Klaksvík. Proceder ten nie wynika już z potrzeb ekonomicznych, a jest uzasadniany jedynie tradycją. Podobno takie „polowanie” podlega ścisłym regułom i zasadom, jest nadzorowane przez specjalne komisje.
Mieszkańcy Wysp Owczych swoje okrucieństwo tłumaczą nie tylko tradycją. Jest to również okazją dla dorastających chłopców, by zabijając walenie udowodnili swoje męstwo.
Sięgają też do argumentów ustrojowych. Dla nich do przykład „kultury socjalistycznej”, czyli współpracy i dzielenia się „dobrem”.

sobota, 28 września 2013

Stopy jak u laleczki – kalekie piękno

              Krępowanie (bandażowanie) stóp to chiński obyczaj kultywowany od ok. X do początków XX wieku, polegający na bandażowaniu stóp dziewcząt, celem ich skrócenia, co miało być cool. Wiąże się to z ich deformacją do tego stopnia, ze kobiety miały kłopoty z utrzymaniem równowagi, a w krańcowych przypadkach nie mogły nawet chodzić. 
 
             Zabieg polegał na owijaniu stóp bandażem, tak aby zagiąć palce - z wyjątkiem wielkiego - w kierunku pięty, co doprowadzało do złamania kości śródstopia. Najkrótsze stopy, zwane „złotym lotosem” miały 7-10 cm długości.   Zwykle to matka doglądała krępowania stóp u córki, bo krótkie stopy były istotną kartą przetargową podczas swatania dziewczyny i umożliwiały awans społeczny. Im krótsze stopy - tym większy awans.






               Najczęściej zabieg zaczynano u dziewcząt w wieku 5 -12 lat. Stopy owijano bardzo ciasno bandażem, a dziewczynie podawano dietę, która miała wywołać zmiękczenie kości, co ułatwiało złamanie i deformację. Bandaż co tydzień owijano ciaśniej. Krępowanie było źródłem wielkiego bólu. Powstające na skutek złamania otwarte rany niosły ryzyko zakażenia i powikłań. Szacuje się, że umierało od nich co najmniej 10 proc. dziewcząt.
Stopy trzeba było owijać bandażem do końca życia. Jeżeli zabieg wykonano niepoprawnie, były one dla właścicielki źródłem przewlekłego bólu. Czasem zabieg wywoływał częściowy paraliż i/lub zanik mięśni (atrofię). 
                Początkowo krępowanie stóp stosowano u dziewcząt z wyższych klas społecznych, od których nie wymagano wykonywania intensywnych prac fizycznych. Obyczaj, który był wyznacznikiem statusu społecznego, przyjął się z czasem również wśród klas niższych. Za czasów ostatniej dynastii, Qing (1644-1912), rozpowszechniony był wśród wszystkich warstw społecznych, szczególnie na północy kraju. Krótkie stopy były w Chinach symbolem wytworności i zapewniały właścicielce dobre zamążpójście. Krępowanie miało także podtekst erotyczny, na co zwrócił uwagę również Zygmunt Freud dostrzegając w nim fetyszyzm.
               Po powstaniu Republiki Chińskiej w 1912 r. zabieg został zakazany, ale w tajemnicy dlej go praktykowano.Po utworzeniu Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 r. całkowicie go wypleniono. W Chinach wymarło już niemal całkowicie ostatnie pokolenie kobiet, które poddawano krępowaniu stóp.
 
             102-letnia Han Qiaoni jest jedną z nielicznych żyjących kobiet, która w dzieciństwie przeszła gehennę krępowania stóp. Mieszka we wsi Yuxian na północy Chin (prowincja Shanxi). 

















 
           Zabieg przeprowadzono, gdy miała zaledwie dwa lata. Pół roku trwało, zanim przyzwyczaiła się do bólu i nauczyła chodzić. 





















            Szacuje się, że takiemu zabiegowi w XIX w. poddawano ok. 50% dziewcząt. Mimo zakazu tych praktyk, jeszcze współcześnie około miliona chińskich kobiet
ciągle myśli, że małe stopy są wyznacznikiem atrakcyjności i dziewczynki (szczególnie na zapadłych wsiach) są poddawane tym rytuałom.
            


                          

czwartek, 26 września 2013

W tym szaleństwie jest metoda! Cynizm czy realizm?

            Janusz Korwin-Mikke, stojący na czele Nowej Prawicy, jest politykiem najdłużej popierającym zniesienie absurdalnych przepisów antynarkotykowych w Polsce. Jego stanowisko w tej sprawie jest niezmienne od ponad dwudziestu lat, a dotyczy głównie „marychy”. Przez ten czas dał się poznać, jako bezkompromisowy obrońca wolności osobistej i gospodarczej, tak bardzo w praktyce kwestionowanych i łamanych.
            W zasadzie, by niczego nie przekłamać, warto zacytować słowa Janusza Korwin-Mikke.
  „Powiedzmy, że jutro Władzuchna w łaskawości swej postanowi, że codziennie każdemu będzie dawać za darmo wiązkę trawki. Wolne Konopie byłyby zachwycone. My – wściekli.
I to aż z trzech powodów:
1) Bo nadal istnieje (i umocnił swoją pozycję!) KTOŚ, kto może mi POZWOLIĆ – a więc i NIE POZWOLIĆ – ma jedzenie, picie, palenie, wąchanie - tego, na co ja mam ochotę.
2) Bo KAŻDEMU – a więc i nieletnim bez zgody i wiedzy rodziców.
3) Bo „za darmo” - czyli z kieszeni podatników (także i tych, którzy palenie marijuany surowo potępiają!)
Chyba różnica – zasadnicza – jest jasna?
Na Wolne Konopie możemy liczyć tylko w jednej sprawie. I na ich poparcie, oczywiście, liczymy. Po prostu: mamy wspólny interes.
Oni chcą ćmić gandzię – my: zmieniać Polskę!”
               Nic dodać nic ująć! Szczere do bólu postawienie sprawy! Nie ma tu rozmydlenia i zakulisowych „dogadywań”. Zresztą Janusz Korwin Mikke od dawna wpisuje się w hasła z 1968 r. rzucane na paryskiej Sorbonie – Zabrania się zabraniać!
              Nawet Janusz Palikot wygląda przy takim dictum bezbarwnie. Tak naprawdę podpiera się tezami o nieszkodliwości jarania, bez żadnej społeczno-politycznej wizji.

wtorek, 17 września 2013

„Tanie i eleganckie” mieszkania w Kazachstanie

              Jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Kłopoty z własnym katem dotyczą nie tylko Polski.
                  W Öskemenie (miasto w Kazachstanie na przedgórzu Ałtaju, nad rzeką Irtysz, stolica obwodu wschodniokazachstańskiego, ok. 310 tys. mieszkańców) oferuje kupno mieszkań. Dla tubylców cena dość zaporowa – 15 tys. dolców. 

 
              Hmmm... Wielu Polaków pewnie by się skusiło, dla nas cena do przyjęcia. To jeszcze jakoś wygląda, ale im dalej w las, tym więcej drzew.
















                Są to mieszkania wybudowane w 1947 r. przez niemieckich jeńców. Ich powierzchnia wynosi 54 m2 (dwa pokoje), wysokość 3,2 m, jest centralne ogrzewanie, ale nie ma gazu. W latach 1991 – 1998 wyceniano je na ok. 200 – 300 dolarów (!). 
 
Cena rośnie! Jak antyków!



















 
             W samym Kazachstanie pojawiły się głosy, że w takich mieszkaniach nawet za darmo, nie chcieli by mieszkać bezdomni w USA.
              Jasne! Jak można żyć bez bilarda, jacuzzi, gazu, pobliskiej hali sportowej, basenu czy 90-calowego TV full wypas!




czwartek, 29 sierpnia 2013

Uśmiech Jokera w cenie

           Kobiety w Korei Południowej uciekają się do dość niebezpiecznych i bolesnych operacji plastycznych szczęk, mięśni twarzy i ust, by wyglądać bardziej „zachodnio”. Najnowszą modą jest „uśmiech Jokera”. Specjalizuje się w tym głównie klinika AonE w Seulu. 
               Efekty są jakie są, uśmiech „trwa” nawet gdy usta są zamknięte i nie ma powodu do śmiechu. Problem w tym, ze po takim zabiegu jednak mogą pozostać małe, ale zawsze, blizny. Nie odstrasza to jednak południowokoreańskich kobiet, gdyż opuszczone kąciki ust nadają twarzy melancholijny wygląd, a to jest passé. 
             Reklamy zachęcające do korekty ust pojawiają się nawet w metrze. Korea Południowa ma jeden z najwyższych wskaźników chirurgii plastycznej na świecie, więc nie ma co się dziwić, że taka „moda” ma korzenie w tym kraju.





piątek, 19 lipca 2013

Rytualna śmierć byka przez powieszenie

            Bój o ubój rytualny trwa, trafił nawet na forum europejskie. Jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.
           W Polsce żyje ponoć tylko około 20 ortodoksyjnych rodzin żydowskich. Potrzebna im jest specjalna ustawa dopuszczająca ubój rytualny?! Dla nich wystarczające by było, aby szochet (rytualny rzeźnik) raz na miesiąc oporządził jedną krowę. Mogę również jeść ryby, albo mięso sprowadzić z zagranicy. Za koszerne mięsiwo się jednak płaci! To interes rzeźników!
            Religijne przepisy dotyczące szechity zostały opracowane tak, by zwierzę nie cierpiało. To miało miejsce kiedyś, teraz mechanizacja uboju nie ma nic wspólnego z humanitaryzmem. Chodzi tylko o kasę – taniej, szybciej, więcej!
             Swoją drogą, humanitaryzm przy zabijaniu zwierząt w polskich (i nie tylko polskich) rzeźniach to inna inszość. Lepiej nie mówić o cierpieniach koni, świń czy krów. Jest to trochę chowanie głowy w piasek, ale problem wydaje się nie do przeskoczenia. 

             Zawsze można powołać się na „tradycję” czy religię. Chińscy wieśniacy w południowych Chinach od 500 lat urządzają uroczystość, która ma im przynieść szczęście i pomyślność w zbiorach. Polega ona na wieszaniu żywego byka na drzewie. Jest to cały rytuał – wybiera się drzewo, stroi byka czerwonymi kwiatami, potem tańczy wokół zwłok, co ma „odczynić” pecha. 
            Odbywa się to we wsi Baojiang (region Guangxi Zhuang) i przyciąga setki turystów.
              Pętla jest czasem tak założona, że byk kona godzinami. Podobne rytuały odbywają się również w innych częściach kraju, a związane są z wierzeniami grupy etnicznej Dong. W Chinach żyje ich 3 miliony. A jak nie ma byka, do „świętego drzewa” przywiązuje się po prostu kurę, która kona z głodu.
             Nikomu z tych setek turystów, wśród których są dzieci, nie przychodzi do głowy by zaprotestować, by „;odciąć się” od takich praktyk. Zdarza się, że odchodzą usatysfakcjonowani „pokazem”, a byk dalej w męczeniach kona.


 





poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nie tylko „brutale”, czyli ozdoba na wacka

           Wiadomo - Japończycy to naród kreatywny, ostatnio co rusz pojawiają się internetowe „tryndy” rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Często też sięga się do tradycyjnych „zabaw”, niekiedy dość odlotowych, przy których o origami wstyd nawet wspominać. 
 
            Kokigami to starojapońska praktyka dekorowania penisa wstążkami i papierowymi wycinankami. Z czasem wstążki przekształciły się w postacie zwierząt i personifikacje mitów. Niegdyś owe falliczne origami urozmaicało sztukę miłosną, dzisiaj jest raczej rodzajem erotycznej bielizny.
           Geneza kokigami do końca nie jest znana. Jedni twierdzą, że ma bezpośredni związek ze sztuką składania papieru - origami, inni zaś uważają, że wywodzi się ze sztuki cięcia - kirigami. Trzecia wersja mówi, że kokigami wyprzedziło te obie formy sztuki. Zdaje się, że wszystkich godzi wersja, zgodnie z którą kokigami prawdopodobnie wyewoluowało z dawnej, japońskiej sztuki pakowania - tsutsumi.






           Dawne japońskie obrazy erotyczne (shunga) wyraźnie pokazują, że sztuka dekorowania penisa papierem była w użyciu już w VIII wieku.
           Członek pana młodego, jako „dar małżeński” wymagał szczególnej oprawy i jako „prezent” był ozdobnie pakowany. W VIII w. japońscy arystokraci w dniu zaślubin owijali penis w jedwabie i wstążki. Praktyka intymnego tsutsumi przekształciła się z czasem w kokigami. Jedwabie zastąpiono dekoracjami papierowymi (koki), przedstawiającymi zwierzęta lub mityczne istoty. Wielka popularność kokigami przypada na połowę okresu Heian (794-1185). Jednak falliczne origami było zarezerwowane dla arystokracji. Dopiero spadek ceny papieru w XVIII w. sprawił, że kokigami zyskało popularność wśród wszystkich warstw społeczeństwa japońskiego.
             W ostatnich latach kokigami wzbudziło zainteresowanie amerykańskich psychoterapeutów. Pojawiły się, liczne publikacje książkowe zawierające instruktaż wykonania własnego koki, czyli stroju dla penisa. Współcześni praktycy kokigami uczą jak zmierzyć penis, zrobić fantazyjne koki i w jaki sposób wykorzystać intymne origami w grze miłosnej.
            Do dzieła panowie! Do przyszłorocznych Walentynek trochę czasu, można potrenować, a prezent będzie jak znalazł!