kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wódka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wódka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2014

Ślady na śniegu, czyli tropiciel w akcji

              Zasypało mnie wszystko na biało, przynajmniej u mnie na wsi. Zimno i głodno, bo chleba nie dowieźli. Cierpią też nasi „bracia mniejsi”, w poszukiwaniu pożywienia, czasem kilometrami, przemierzają białe przestrzenie. Znaczą drogę tropami, które są dla wprawnego oka bardzo charakterystyczne. 
             Czasem dokładna analiza takich tropów pozwala nie tylko na określenie gatunku „brata”, ale również okoliczności pozostawienia śladów. Walka o przerwanie jest czasem na granicy życia i śmierci.
                 Pan Zenek po imieninach. To nie jebajka, to jebitwa!
 

sobota, 23 listopada 2013

Pijany jak Polak, pijany jak świnia…

             Powiedzenie „pijany jak Polak”, ponoć ma korzenie we Francji. Wbrew pozorom, nie jest tak zupełnie „do tyłu”. Oznacza bowiem kogoś, kto mimo stanu „wyraźnie wskazującego”, zachowuje sprawność fizyczną i „jeszcze” myśli. Innymi słowy człowieka z „mocną głową", co to lubi i może wypić. Chodzi to jeszcze inaczej, określa człowieka z nieprzeciętną odwagą i brawurą.
Znane są, co najmniej, trzy wersje pochodzenia tego powiedzenia, ale wszystkie wiążą się z postawą polskich żołnierzy w czasie wojen napoleońskich.
Wąwóz Somosierra
Rozkaz szarżowania wąwozu na przełęczy Somosierra (1808 r.) wywołał wśród generałów otaczających cesarza tak wielkie zdumienie, że jeden z nich miał powiedzieć: „Trzeba być pijanym, by taki rozkaz wydać i trzeba być pijanym, by go wykonać”.
To raczej mało prawdopodobne. Inny przekaz mówi, ze słowa te brzmiały: „Trzeba być pijanym, by wykonać taki rozkaz”. Po zwycięskiej szarży Napoleon dowiedział się o tych słowach i podobno powiedział: „Chciałbym, żeby wszyscy moi żołnierze byli pijani jak ci Polacy”.
  Porządek musi być!
Po jednej z bitew z hiszpańskimi powstańcami, żołnierzom wydano dodatkowe racje gorzałki i innych trunków. W nocy niespodziewanie na inspekcję oddziałów przyjechał Napoleon wraz ze swoim sztabem. Ogłoszono alarm, co spowodowało niezły kocioł.
Jedynie oddziały polskie stanęły natychmiast do przeglądu w należytym porządku, pozdrawiając Napoleona okrzykami. Bonaparte, zwracając się do sztabu, powiedział: „Życzyłbym sobie, aby każdy żołnierz mojej armii był zawsze pijany jak Polak”.
  Bitwa pod Frydlandem
Po bitwie (1807 r.), w której brali w udział m.in. Wielkopolanie dowodzeni przez Jana Henryka Dąbrowskiego, zarządzono odpoczynek i… rozpoczęło się ponoć trzydniowe pijaństwo. W gardło dawali wszyscy, ale gdy niespodziewanie Rosjanie rozpoczęli kontratak, okazało się, że jedynie Polacy stanęli do walki, reszta wojska była zbyt nawalona.
Udało im się powstrzymać nieprzyjaciela i osłonić resztę armii. Napoleon miał w rozkazie dziennym następnego dnia napisać: „Jeżeli już macie pić, to pijcie jak Polacy”.
Hmmm… Nie od dzisiaj wiadomo, że człowiek nie wielbłąd, napić się musi, szczególnie Polak. W sprawach „gardłowych” dużo do powiedzenia miał by wywodzący się z zamku Świny (Pogórze Bolkowskie, Dolny Śląsk) ród Świnków (von Schweinichen). 
Władał od 1270 r. zamczyskiem i jego rzeźbiony herb widnieje ponad wejściem do zamku. Ród Świnków zasłynął z konsumpcji ogromnych ilości alkoholu, głównie wina. Kilkupokoleniowa „wprawa” spowodowała przekazywaną genetycznie, dużą odporność „na procenty”
Przykładem specyficznego „talentu” rodu może być odnotowana wzmianka o pijackim pojedynku (1750 r), podczas którego Georg von Schweinichen, wypił ceber do pojenia koni napełniony winem.
Inni „rodowi” nie pozostawali w tyle, odnotowując kolejne rekordy i alkoholowe ekscesy. Czasem jednak przeceniali swoje siły i „legli w boju”. Stąd też po okolicy krążyło powiedzenie: „Pijany jak Świnka”, przerobione później, pewnie spontanicznie i „okolicznościowo”, ze względu na zachowania i wygląd „amatora kwaśnych jabłek”, na bardziej adekwatne i zrozumiałe: „Pijany jak świnia”.

 



poniedziałek, 11 listopada 2013

Wróżby z fusów kawy zbożowej, czyli jesienne refleksje

            Na pogodę (jesień!) w tym roku narzekać chyba nie można, ale, ale... 
                  Po pierwsze primo – panie nie mogły we Wszystkich Świętych tak do końca uczestniczyć w corocznej rewii mody. Futra z królika i białe kozaczki,nijak nie pasowały do temperatury plus 15º C. Znalazły się jednak odważne kobiety, co to zawsze pod prąd. „Bikejki” górą! 
 
            Po drugie primo – zima, pewnie jak zwykle, zaskoczy drogowców. Skrzynki z piaskiem przygotowane od lata, pługi się grzeją na jałowym biegu, sól w workach czeka. Nie lepiej ją, wzorem ubiegłego roku, rzucić do sklepu? Może zimy nie będzie?













 
              Po trzecie primo – spadnie śnieg, będzie mróz i... katastrofa! Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery! Kilka dachów się zawali, pociągi będą jeździć jak chcą (szyny się wygły!), na chodnikach leżeć będzie szara (sól!) albo brązowa (piasek!) breja. 




               Po czwarte primo – pewnie będą podwyżki „artykułów pierwszej potrzeby”. W górę pójdą fajki i „prund w płynie”. A wiadomo – chłop co nie pije i nie tabaczy, gówno znaczy!
               Po piąte primo – panowie (p)osłowie i panie posełki przyznają sobie (jednogłośnie!) podwyżki. No bo jak tu żyć, panie premierze, za 20 tysięcy?!
               Może to wszystko bez te atumy... Nie, to wina Tuska! Cała nadzieja w złotoustym prezesie, który może zimę odwoła! Nie takie cuda przepowiadał!

niedziela, 8 września 2013

Zalkoholizowany bohater pracy socjalistycznej w wariatkowie

           Aleksiej Stachanow był symbolem ZSRR, podobnie jak Jurij Gagarin. Zasłynął w sierpniu 1935 r., gdy w kopalni węgla kamiennego Centralna-Irmino w Kadijewce (Donbas, Ukraina) pobił rekord wydobycia – 102 tony w 6 godzin (1475% normy!). Miał wtedy 29 lat. 
 
            Bilans kopalni wyglądał tragicznie, a dla kierownictwa zawalenie planu pięcioletniego oznaczało wyrok za sabotaż i minimum pięć lat obozu pracy. Wykombinowano, że przyda się spektakularny sukces wydobycia. Ochotników do bicia rekordu nie było, każdy wzrost wydobycia wiązał się bowiem z podwyższeniem norm. Do tego przedsięwzięcia nadawał się właśnie Aleksiej Stachanow. Chciał się „dorobić”, a jego marzeniem było... kupno konia.












              Zorganizowano mu brygadę pomocniczą, która zajmowała się „czarną robotą”.
             Przygotowano przodek, wagonetki i bierwiona do zabezpieczenia chodnika, zaś Stachanowowi przydzielono sześcioosobową asystę: pięciu górników (dwóch do ładowania i wywożenia węgla, dwóch do stemplowania chodnika, jednego do oświetlania rekordziście fedrunku) i dziennikarza lokalnej gazety. Cały urobek przypisano Stachanowowi. I potem odtrąbiono sukces na skalę krajową!
              Informacja została wysłana telegramem do Moskwy i w „Prawdzie” opublikowano artykuł o tym niezwykłym wydarzeniu. Paradoksem jest fakt, że w telegramie podano, że ferdował A. Stachanow, a redaktor nadał mu imię „Aleksander”. Stalin stwierdził, że „Prawda" nie może się mylić, więc błyskawicznie zmieniono w dokumentach imię Stachanowa. 
              Wkrótce górnik z Donbasu stał się bohaterem całego Związku Radzieckiego i zaczęła się jazda! Pojawiał się w audycjach radiowych, na plakatach, w gazetach, wygłaszał odczyty w fabrykach. Jego zdjęcie znalazło się nawet na okładce magazynu „Time”. Wykorzystując sukces Stachanowa, władze zdecydowały się na zapoczątkowanie ruchu stachanowskiego. Praktycznie każdy rodzaj pracy miał ustalane dzienne normy produkcyjne, a pracowników zachęcano do bicia rekordów.
              Sam Stachanow, „bohater pracy socjalistycznej”, za pobicie rekordu wydobycia otrzymał kasę, konia, nowe buty z cholewami i wczasy nad Morzem Czarnym. W Moskwie dostał do dyspozycji samochód i apartament w najbardziej luksusowym modernistycznym budynku, słynnym szarym domu nad rzeką Moskwą – Domu na Nabrzeżu. Budynek ten otrzymał w 1929 r. pierwszą nagrodę na międzynarodowej wystawie architektury w Paryżu. Mieszkali w nim najbardziej zasłużeni bolszewicy, m.in. marszałek Tuchaczewski i rodzina Ordżonikidze. W budynku było kino i teatr Udarnik, w każdej klatce urzędował recepcjonista, a do kuchni z wydzielonym pokojem dla służby dojeżdżały windy towarowe z zakupami.
             Odznaczono go Orderem Lenina, a legitymację partyjną podpisał osobiście Stalin.
Kilka lat po śmierci Stalina, został wysłany do miasta Torez, gdzie wkrótce o nim zapomniano. Stachanow pobierał pensję, ale do pracy chodzić nie musiał. „Lubiał wypić”, więc wkrótce stał się zdeklarowanym alkoholikiem.
             Przypomniano sobie o nim w 1970 r. z okazji 35-lecia ruchu stachanowskiego. W zasadzie dla większości (nawet dla Breżniewa) było to zaskoczenie. Powszechnie sądzono, że dawno nie żyje.
Zaczęły się ponownie zaczęły liczne podróże, odczyty, wywiady. Krótko to trwało i Stachanow znów popadł „w niebyt”. Pocieszycielką była butelka, byle pełna.
             W konsekwencji trafił do wariatkowa w Doniecku, gdzie w 1977 r. odwiedzili go dziennikarze. Stachanow od dawna nikogo nie poznawał, nie mówił. Jadł, spał i martwo patrzył w jeden punkt. Lekarze twierdzili, że być może nawet nie wie, gdzie się znajduje. Personel szpitala nie był nawet pewien, czy pacjent wie, gdzie się znajduje.
            Mówił o przyjaźni ze Stalinem, o nocnych hulankach w Moskwie, o sławie i orderach i rozdawał wymyślone nagrody. Zmarł na drugi dzień po wizycie dziennikarzy. Jego grób jest zarośnięty i zaniedbany. 
              Stachanow znalazł naśladowców w całych demoludach. W Polsce jako „stachanowiec” najbardziej zasłynął Wincenty Pstrowski. Pracując jako rębacz w kopalni „Jadwiga" w 1947 r. wystosował list otwarty do górników, wzywający do współzawodnictwa pracy i przekraczania norm. Sam był rekordzistą, wykonał 270% normy.    Ogłoszony został przez propagandę pierwszym polskim przodownikiem pracy. W wersji oficjalnej zmarł na białaczkę (w 1948 r., miał 44 lata), ale przyczyną zgonu mogło być usunięcie trzech zębów i zbyt szybki powrót do pracy, co spowodowało zakażenie krwi.









środa, 10 lipca 2013

„Fajna” zabawa – wypił litra i zmarł

           Brytyjczyk Paul „Tubbs” Tobutt, zmarł w czasie wieczoru kawalerskiego, który urządzili mu kumple. 
 
             38-letni rugbysta bawił się w grę rozpropagowaną przez Paula „Gazzę” Gascoinga i jego kumpli z piłkarskiej reprezentacji Anglii w Hongkongu podczas przygotowań do Euro 1996, co został udokumentowane „pamiątkowymi” fotkami.
             Zasady „gdy” są proste jak konstrukcja cepa. Delikwenta sadza się na fotelu ginekologicznym i wlewa czysty spirytus w gardło, aż mu się film nie urwie. Rundy trwają po 20 sekund. 


            Rzecz działa się w barze w Benidorm (Hiszpania). Paul „Tubbs” Tobutt wytrzymał cztery rundy, wypił ponoć litr spirytusu. Potem kumple przenieśli go do hotelu i położyli do łóżka. Już się nie obudził. Rano badanie krwi wykazało prawie 4 promile zawartości alkoholu.
           Jako dawkę śmiertelną przyjmuje się 4,5 promila, ale zależy to również od czasu picia. Dawka uderzeniowa działa o wile szybciej i w mniejszej ilości.
          Rekord, jakże by mogło być inaczej, należy do Polaka. 45-letni mężczyzna ze wsi Maków-Kolonia (województwo łódzkie, powiat skierniewicki), w 2009 r. miał 12,3 promila. I przeżył!




czwartek, 13 czerwca 2013

Nie ma to jak w kiblu!

             Ciekawie spędził noc 54-letni mężczyzna z Roztropic. Wieczorem odwiedził restaurację w Skoczowie, mocno „użył” i zasnął w kiblu. O dziwno, obsługa niczego nie zauważyła! 
             Rano gościu obudził się nieco zdziwiony, ale też mocno skacowany. Ruszył do baru i niechcący uruchomił alarm. Na miejsce przyjechał patrol, ale policjanci nie znaleźli śladów włamania. Przyjechał właściciel lokalu i otworzył drzwi, a tam za barem „rządził” niedopity mężczyzna.
           Pewnie zdążył „poprawić” gdyż na komisariacie stwierdzono u niego 1,7 promila. Miał też przy sobie gotówkę, którą wyciągnął z barowej kasy oraz wino i whisky „na później”.
             Trzeba było wypić! Jak mądrość ludowa mówi – co mam w dupie, tego mi nikt nie wyłupie!. A tak... zabrali i pozostał żal!


wtorek, 30 kwietnia 2013

W kanał, czopki, przez oczy albo opary

           Wiadomo – alkohol mój wróg, więc leję go w mordę! Są jednak i inne sposoby, by się nawalić, a ich zaletą jest to, że z pyska nie jedzie z obory. O dziwo, nie wszystko wymyślili Ruscy, chociaż ich innowacyjne metody, doświadczenia i zwyczaje, to materiał na doktorat i nie tylko z psychiatrii! Z chemii też.
Nowa moda - Vaportini
            Wpadła na to chicagowska barmanka Julie Palmer, po wizycie w szwedzkiej saunie, gdzie zamiast wody używano wódki. Ewidentny plagiat! Ruskie tak piją od dawna!
            Vaportini składa się ze szklanej kuli, słomki, metalowego pierścienia i świeczki. Aby podgrzać alkohol do momentu parowania, wykorzystać można też zwykłą szklankę. Potem za pomocą słomki wdycha się opary.
          Skutek jest natychmiastowy! Podobno pełny odlot, a i wątroba nie obciążona! 
Czopki, lewatywa i przez oczy
            Amerykańscy i brytyjscy studenci zainicjowali nową, pijacką modę – „vodka eyeballing”. Wlewają sobie alkohol wprost do oczu, albo aplikują w czopkach, które robią sami. Są to po prostu nasączone wódką tampony. Wszystko za sprawą teorii, że alkohol bardzo dobrze ichnia się przez błony śluzowe. Wlewanie wódki do oka skończyć się może ślepotą, a jeszcze w dodatku ponoć boli.
Można też robić lewatywę, albo walić wódę bezpośrednio w kanał, ale jest to jazda po bandzie! I to bez trzymanki!
Znanych jest co najmniej kilka śmiertelnych przypadków - dotyczą on m.in mężczyzny, który walnął sobie lewatywę z alkoholu czy kobiety z Huston (USA), która zabiła męża serwując mu lewatywę z sherry. Był alkoholikiem, ale nie mógł normalnie pić wódki czy wina, gdyż miał owrzodzone gardło.
Nic to! Straszyć to my, a nie nas! Dla hardcorów liczy się efekt!