kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sława. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sława. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

Niewidzialny człowiek, czyli mistrz kamuflażu

Liu Bolin urodził się 1973 r. w Shandong (Chiny), tam też skończył wyższe studia plastyczne. Obecnie mieszka w Beijing. 
  Zajmuje się malarstwem, rzeźbą i fotografią, ale jego pasją i specjalnością stał się „malarski kamuflaż”. Prawie 10 lat nie było o nim słychać, teraz wrócił realizując projekt „Hiding in the city” (znikanie, ukrywanie na ulicy).
Liu Bolin maluje siebie i stara się wtopić w otoczenie. Pewnie łatwiej by mu było, gdyby był goły, albo w samych gaciach, ale on zawsze ubrany jest w garniturek i buty. Ten garniturek kojarzy się z czasami „rewolucji kulturalnej” i pewnie coś w tym jest, gdyż obrazy (w zasadzie fotografie z realizacji pracy) mają odzwierciedlać jego rolę w społeczeństwie. 


 

 

 

 
             Wychodzi mu lepiej lub gorzej, ale nad jednym malunkiem spędza około 10 godzin. A wtopić się może praktycznie we wszystko! Półki sklepowe, pomniki, billboardy, ściany, wystawy, stragany warzywne, istniejące obrazy czy nawet maszyny. Jakby co, najlepiej go szukać po butach!
             „Każdy wybiera swoją drogę kontaktu ze światem zewnętrznym. Ja chcę się połączyć z otoczeniem " – wyraził swoje credo artystyczne. A wtapia się w otoczenie jak przysłowiowy kameleon, czasem nawet ludzie mijają go nie wiedząc, że stoi.


sobota, 29 marca 2014

Poleciał z balonikami do nieba

            Katolicki ksiądz z Brazylii, Rev Adelir de Carli, hobby miał dość niecodzienne – latanie za pomocą baloników napełnionych helem. W ostatnią podróż wybrał się w kwietniu 2008 r. i miał zamiar spędzić w powietrzu 19 godzin, tym samym pobić rekord.
           Wyposażony był dobrze, miał spadochron, skafander, GPS i telefon satelitarny. Za pomocą 1000 baloników wzniósł się na wysokość 6 tys. m, potem zniżył do 2,5 ty. m i słuch o nim zaginął. 
           Jego celem było Durados, a wyruszył z portowego miasta Paranagua. Prawdopodobnie zboczył z kursu z powodu silnego wiatru. W rozmowie z brazylijską stacją telewizyjną Globo, opowiadał, że ma kłopoty z GPSem, który szwankuje z powodu panującej na tej wysokości temperatury.
           W poszukiwaniach na lądzie, morzu i w powietrzu uczestniczyła armia, straż graniczna, ekipy ratunkowe i ochotnicy. Wkrótce szczątki baloników znaleziono na wybrzeżu stanu Santa Catarina, a samo ciało (w zasadzie pół) na oceanie 100 km od wybrzeża, dopiero w lipcu. 

               W styczniu przeleciał w ten sposób 110 kilometrów, w cztery godziny, z Parany do argentyńskiego San Antonio. Tym razem się nie udało. A cel miał szczytny! Chciał wybudować parking i miejsce „wsparcia duchowego” dla kierowców ciężarówek w Paranagua.
               Wyprawę księdza uznano za zupełnie bezsensowną, wręcz głupią. Uhonorowany został Nagrodą Darwina za 2008 r., która to przyznawana jest „by upamiętnić osoby, które przyczyniły się do przetrwania naszego gatunku w długiej skali czasowej, eliminując swoje geny z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób”.
             Ksiądz katolicki i tak swoich genów nie powinien przekazywać, ale wypadki chodzą po ludziach, ludzie po wypadkach czasem też. Jemu się nie udało.  


środa, 23 października 2013

Brytyjski pierwowzór Rambo

           John Malcolm Thorpe Fleming „Jack” Churchill (ur. 16 września 1906 w Surrey, zm. 8 marca 1996 w Surrey) był oficerem British Army. Nosił ksywy „Fighting Jack Churchill” (waleczny) i „Mad Jack” (wściekły, szalony).
              W czasie II wojny światowej służył w szeregach oddziałów Commando. W bój zwykł wyruszać uzbrojony w długi łuk, strzały oraz pałasz claymore. Był autorem zdania: „każdy oficer udający się w bój bez miecza jest nieodpowiednio uzbrojony”.
No jasne! Szczególnie, jeśli idzie naprzeciw karabinów maszynowych!
Churchill urodził się w angielskim Surrey i ukończył Royal Military Academy w Sandhurst. W 1926 r. rozpoczął służbę w Birmie wraz z Regimentem Manchesterskim. Opuścił armię w 1936 r. i rozpoczął pracę redaktora gazety. Dobrze grał na dudach (!), a że i dobrze strzelał z luku, zagrał małą rolę w filmie „Złodziej z Bagdadu”.
             Do armii powrócił po wybuchu wojny. W maju 1940 r., wraz z manchesterczykami, uderzył z zasadzki na niemiecki patrol w pobliżu francuskiego L'Epinette. Churchill dał sygnał do ataku poprzez posłanie strzały w niemieckiego feldwebla, stając się jedynym znanym brytyjskim żołnierzem, który powalił przeciwnika z długiego łuku w trakcie wojny. Po ewakuacji Dunkierki zaciągnął się do komandosów, gdyż kręciło go niebezpieczeństwo.
           I teraz... A zasadzie mało kto uwierzy jaki to był twardziel, ale jednocześnie szczęściarz. Nie ma sensu wymieniać wszystkich jego akcji, ale tak tylko dla „posmakowania”, jaki z niego był kozak! 
             Był zastępcą dowódcy 3 Commando podczas Operacji Archery, czyli ataku na niemiecki garnizon w Vågsøy 27 grudnia 1941 r. Gdy opadły rampy pierwszej z jednostek pływających, Churchill wyskoczył naprzód i nim cisnął granat, ruszając do ataku, zaczął grać na swoich dudach. Za postawę pod Dunkierką i Vågsøy otrzymał Military Cross.
            W 1942 r., wraz z pięcioma komandosami, schwytał 300 ludzi we wrogiej placówce. Cała akcja trwała trzy tygodnie, podczas których ukryci w gęstych zaroślach komandosi, żywili się wyłącznie Marmite'em oraz salami.
               W 1944 r. jego komandosi wspierali Armię Wyzwolenia Jugosławii, Josipa Broz Tito z adriatyckiej wyspy Vis. W maju Churchillowi rozkazano zdobycie wyspy Brač, znajdującej się w rękach Niemców. Do wykonania zadania zorganizował kombinowany oddział, składający się z 1500 partyzantów oraz kontyngentu komandosów z 40 Commando i własnego 43 Commando. Lądowanie odbyło się bez przeszkód, jednak gdy dotarli do orlich gniazd na szczytach, partyzanci postanowili przełożyć atak na następny dzień. Dudy Churchilla przyzwały do natarcia pozostałych komandosów, jednak po ostrzelaniu przez RAF-owskiego Spitfire'a dowódca wycofał oddział i odroczył akcję do rana. O świcie nastąpił atak flankujący 40 oraz 43 Commando, ale partyzanci pozostali w miejscu lądowania. Zaledwie sześciu ludzi z Churchillem na czele dotarło do celu, ostrzał z moździerzy oszczędził tylko grającego na dudach „Mad Jacka”. W końcu ogłuszył go granat i Churchill został przewieziony do Berlina na przesłuchanie. Potem trafił do obozu w Sachsenhausen.
              We wrześniu 1944 r. wraz z oficerem Royal Air Force, przeczołgał się pod drutami przez opuszczoną rurę ściekową. Zamierzali iść aż do Bałtyku, ale zostali schwytani w pobliżu Rostocku, parę kilometrów od morza. Pod koniec kwietnia następnego roku 140 więźniów wraz z Churchillem zostało przetransportowanych do Tyrolu w obstawie SS. Wobec zbliżających się jednostek amerykańskich, strażnicy dali nogę i Churchill był wolny.
Trwała nadal wojna na Pacyfiku i „Mad Jack” został posłany do Birmy, gdzie bronili się Japończycy. Nim dotarł do Indii zrzucone zostały bomby na Hiroszimę i Nagasaki, kończąc wojnę. Churchill skomentował to dość specyficznie: „Gdyby nie ci przeklęci Jankesi moglibyśmy pociągnąć tę wojnę przez następne dziesięć lat”.
              W późniejszych latach Churchill służył jako instruktor w szkole wojny lądowo-powietrznej w Australii, gdzie stał się żarliwym zwolennikiem surfingu. W Anglii był pierwszym człowiekiem, który surfował po fali przyboju rzeki Severn i zaprojektował własną deskę. Emerytura nie przyniosła końca jego ekscentrycznym zachowaniom. Miał zwyczaj codziennie, podczas powrotu do domu pociągiem, wyrzucać swoją walizkę przez okno wagonu, czym niejednokrotnie napędził stracha podróżnym i konduktorom. Później tłumaczył, iż wyrzucał ją do swojego własnego ogrodu, by nie musieć jej nieść ze stacji.
Z armii ostatecznie odszedł w 1959 roku, z dwoma Orderami za Wybitną Służbę. Zmarł w swoim domu w Surrey w 1996 r.
              Ożeż ty... Ale życiorys!

środa, 16 października 2013

Artysta, patriota czy autoreklamiarz?

            Przy alei Zwycięstwa w Gdańsku, obok czołgu, w nocy z soboty na niedzielę, „pojawiła się” rzeźba z betonu, autorstwa Jerzego Bohdana Szumczyka i zaczęło się! 
             Przedstawiała bowiem niemal naturalnej wielkości postać radzieckiego żołnierza, który gwałci kobietę w ciąży. „Bojec” w jednej ręce trzyma pistolet wycelowany w głowę kobiety, a drugą dłonią przytrzymuje ją za włosy.
              Instalacja stała tylko do niedzieli rana i została wywieziona przez służby miejskie.
              Sprawę bada gdańska prokuratura, która ma podjąć decyzję, czy wszcząć śledztwo pod kątem ewentualnego naruszenia art. 256 Kodeksu karnego (nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych).
             I tu zaczynają się schody! Moim (skromnym) zdaniem jest to pomieszanie z poplątaniem. Jeśli już studenta gdańskiej ASP karać, to nie za „wymowę” rzeźby, ale za ustawienie jej bez odpowiedniego pozwolenia w przestrzeni miejskiej. I nie ma to znaczenia, czy jest to rzeźba, sterta kartonów po „Delmie”, czy puszki po farbie. Artysta sam się zresztą „podstawił” policji, nie było tajemnicą kto jest autorem instalacji.
             Jeśli ktoś działa a ramach szeroko pojętego, często prowokacyjnego street artu, nie obchodzą go pozwolenia, to prawda. Z drugiej strony, swojego działania nie reklamuje, nie firmuje nazwiskiem. A jeśli firmuje – jakieś procedury muszą być zachowane. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś stawiał po parkach co chce.
            Paradoksem jest fakt, że rzeźba jest pracą dyplomową Jerzego Bohdana Szumczyka. Wygląda na to, że promotor zastrzeżeń nie miał, ale jak ćwierkają wróbelki, wątpliwości miała pani rektor.
            Co do samej rzeźby... Wydaje mi się, że mimo wszystko sztuka (twórca) musi uwzględniać podstawowe archetypy przekazu: cel-metoda-środki. Tego w tej instalacji nie widzę. - Chodziło mi o tragedię tych kobiet, o to całe cierpienie - powiedział rzeźbiarz.
             Jakoś to do mnie nie przemawia, można to było przedstawić we inny sposób. W końcu te 600 tys. radzieckich żołnierzy, którzy zginęli na ziemiach polskich, nie tylko „rabowali, palili i gwałcili”. Sądzę, że prowokacja (to bez wątpienia był jeden z celów) nie może być li tylko prowokacją. Sztuki w tym nie widzę, może ślepy jestem, albo za głupi na taki „głęboki” przekaz.
            Jak można się było spodziewać ambasador Rosji w Polsce, Aleksander Aleksiejew wyraził swoje oburzenie. Jego zdaniem ma charakter bluźnierczy i obraża uczucia Rosjan.
             Kuriozalnie brzmią wypowiedzi Jerzego Bohdana Szumczyka.
- Zabrakło mi trochę sił i środków – żali się. - Rzeźbę chciałem ustawić 17 września, w rocznicę napaści Rosji na Polskę w 1939 roku. Miała stanąć w Berlinie, pod Bramą Brandenburską. Wszystko było gotowe, ale okazało się, że za dużo kosztowałby mnie transport.
             No szkoda, wielka szkoda! Trzeba było ogłosić narodową ściepę, byłaby sława na cały świat!
Dalej też jest fajnie i skromnie.
- Dotąd tego nie ujawniałem, ale powiedziałem na policji, że to ja zamalowałem napis ,,imienia Lenina", umieszczony nad Bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej.
             Najgorsze co może teraz zrobić prokuratura, to jakimś wyrokiem usankcjonować „twórczość” studenta piątego roku gdańskiej ASP. Będzie to nobilitacja na „represjonowanego artystę”.


poniedziałek, 30 września 2013

Pierwszy „job”, czyli żadna praca nie hańbi

            Nie ma pracy dla ludzi z mim wykształceniem! - mawia Ferdek Kiepski. Siedzi więc przed telewizorem i obciąga kolejne piwo. Nie sieje, nie orze, a zbiera! Za co piwkuje?! To pozostanie słodką tajemnicą scenarzystów serialu! Tak jak ubiór jego żony Halinki, która już do pracy wychodzi ubrana w fartuch i czepek pielęgniarki. Żyję już parę lat na tym najlepszym ze światów, ale takiego stwora na ulicy jeszcze nie widziałem!
            Ale „do jaja”! Skoro o aktorach mowa... Wydaje się, że światowym, hollywoodzkim gwiazdom, zawsze było z górki. Nie do końca... Pierwszą czy kolejną pracę, nie wszyscy zapamiętali „z wdzięcznością”. Czasem było nieciekawie, wręcz siermiężnie. Ale na chlebek trzeba było jakoś zarobić... 
 
Danny DeVito
           Był okres, gdy nie miał nawet na czynsz za mieszkanie. Podejmował się wszytkich prac, jakie się nawinęły. Przez pewien czas pracował w zakładzie pogrzebowym i stylizował fryzury nieboszczyków.







Christophen Walken
           Ponoć ma niebywałe podejście do zwierząt. Kiedyś zajmował się nawet ich tresowaniem w cyrku. 











 
Brad Pitt
            Pracował w restauracji El Pollo Loco na Sunset Boulevard w Los Angeles w dość specyficznej „roli”. Chodził po ulicach przebrany za kurczaka i zapraszał gości do środka.









Megan Fox
             Podobną fuchę podłapała Megan Fox. Przebrana za banana reklamowała sklep z koktajlami mlecznymi, w którym pracowała.









Jennifer Aniston
          Myła kiedyś toalety. Potem była kurierem rowerowym.


















    
Al Pacino
           Pracował jako bileter w kinie. Potem, gdy go wyrzucono, przez kilka lat był doręczycielem przesyłek w redakcji „Cemmentary”, ucząc się jednocześnie w szkole aktorskiej Herbert Berghof Studio.













 
Bruce Willis
            Zaczynał od hodowania owiec w Alabamie, później był ochroniarzem. Po przeprowadzce do Nowego Jorku pracował jako kelner w Cafe Central, która w owym czasie była popularnym miejscem spotkań amerykańskich celebrytów. Marzenia o karierze aktorskiej były jakby placem na wodzie pisane, bo... mocno się jąkał. 




Sandra Bullock
             Po porzuceniu studiów na East Carolina University w Greenville w Północnej Karolinie (ostatni semestr), przeniosła się na Manhattan, gdzie utrzymywała się pracując m.in jako barmanka, kelnerka, garderobiana, itp. 









Mickey Rourke
              Zanim został aktorem pracował w domach publicznych i nocnych klubach jako porządkowy, kładł linoleum, był tragarzem, trenerem psów obronnych oraz bokserem amatorem w Miami.















Sean Connery
              Gdy miał 13 lat, zakończył edukację. Później pracował m.in. jako ochroniarz i model. W siedemnastym roku życia wstąpił do wojska, lecz zwolniono go z powodu wrzodów żołądka. Mając 18 lat, zajął się kulturystyką – jednym z ważniejszych jego sukcesów w tej dziedzinie było zajęcie trzeciego miejsca w konkursie Mister Universum (1953 r.). Następnie dostał się do chórku marynarzy.










            Nieźle, prawda? Na polskim podwórku też by się kilkanaście takich przykładów znalazło. Tak więc - Głowa do góry! - jak mówił kat do skazańca. Może twoje pięć minut czeka za rogiem? Nadzieja, ponoć, umiera ostatnia.