kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZASADY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZASADY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2014

Nie taki święty jak go malują

            Jakby na czasie (Ukraina!) będzie wspomnienie o polskim świętym Kościoła Katolickiego, narodowości ukraińskiej. Błogosławionym ogłosił go Jan Paweł II we Lwowie, w czerwcu 2001 r. 
            Josif Josafat Kociłowśkij (Jozafat Kocyłowski, ukr. Кир Йосафат Коциловський) urodził się 3 marca 1876 r. w Pakoszówce (powiat sanocki), zmarł 17 listopada 1947 r. w łagrze w Czapajiwce (koło Kijowa). W październiku 1911 r. do bazyliańskiego nowicjatu w Krechowie i przyjął tam zakonne imię Jozafat, na pamiątkę Jozafata Kuncewicza (XVII w., unicki arcybiskup połocki, bazylianin, święty Kościoła katolickiego).
            Przekonania Jozefata Kocyłowskiego były jasno sprecyzowane – zawsze walczył o „samostijną Ukrainę”. Od 1918 r., już jako grekokatolicki biskup przemyski był członkiem Ukraińskiej Rady Narodowej. Wielokrotnie dawał wyraz swoim antypolskim przekonaniom. Po ataku III Rzeszy na ZSRR wziął udział w uroczystym powitaniu w Wehrmachtu, który zajął Przemyśl 27 czerwca 1941 r. (od 28 września 1939 r. trwała okupacja sowiecka miasta, a ściślej prawobrzeżnej jego części).
              4 lipca 1943 r. w Przemyślu, w obecności ks. Wasyla Hrynyka, Jozafat Kocyłowski odprawił mszę św. dla ochotników, wstępujących do 14 Dywizji Grenadierów SS i pobłogosławił oddziały, które potem brały udział w rzezi Polaków m.in. na Wołyniu i w Hucie Pieniackiej.
             Po wojnie, we wrześniu 1945 r. został aresztowany przez UB i osadzony w więzieniu w Rzeszowie. W styczniu 1946 r. został deportowany na terytorium USRR, ale po niespełna miesiącu, za zgodą władz, wrócił do Przemyśla. Aresztowano go ponownie w czerwcu tego samego roku i ponownie deportowano. Oficjalnym powodem była propaganda antysowiecka, prowadzenie polityki polonizacyjnej w zachodnich obwodach Ukrainy, utrzymywanie kontaktów z ukraińskim podziemiem nacjonalistycznym i OUN-UPA, kolaboracji z okupantem niemieckim i udziału w organizacji 14 Dywizji Grenadierów SS. Jego śmierć w łagrze nie miała nic wspólnego z religią, była wynikiem działań na rzecz „samostijnej Ukrainy”.
Kuriozalny jest fakt, że na początku czerwca ubiegłego roku jego imieniem nazwano jedną z ulic Przemyśla. Protestują przeciw temu działacze Wspólnoty Samorządowej Dolina Sanu, jak również historycy, ale jak na razie bezskutecznie.
           Ruch nacjonalistyczny na Ukrainie jest dalej konsekwentnie antypolski. Pogrobowcy
OUN-UPA postulują m.in. włączenie części ziem polskich do Ukrainy. Niektórzy z nich wspominają nawet o Warszawie.
           Świętych ci u nas dostatek...


sobota, 2 listopada 2013

Milion dolarów do ziemi, czyli pogrzeb Bentley'a

               62-letni brazylijski biznesmen Thane Chiquinho Scarpa (ksywa „Hrabia Scarpa") urządził spektakularny pogrzeb swojego ukochanego Bentley'a Continental Flying Spur. Stwierdził, ze wzorem faraonów chce sobie „zabezpieczyć” komfort w życiu pozagrobowym. Ceremonia pochówku ocenianego na milion dolarów samochodu, odbyła się w ogrodzie przy jego domu.
              Od razu w mediach pojawiły się komentarze, że to przesada, że mógł Bentley'a sprzedać, a szmal przeznaczyć na cele charytatywne. 



                 Zaprosił reporterów, a nad grobem, w nieutulonym żalu, wygłosił niecodzienna mowę.
                 Warto to zacytować:
                „Ludzie potępiali mnie za zakopanie wartego milion dolarów Bentley'a, ale prawda jest taka, ze większość z nich, sama zakopuje znacznie wartościowsze rzeczy. Zakopują serca, wątroby, płuca, oczy, nerki. To absurd. Tak wiele ludzi czeka na przeszczep, a wy zakopujecie swoje zdrowe organy, które mogłyby ocalić wiele istnieć. To największe marnotrawstwo na świecie. Mój Bentley jest bezwartościowy w porównaniu z tym. Żadne bogactwo nie ma większej wartości niż organ do przeszczepu, gdyż nic nie ma większej wartości niż ludzkie życie”.
              Samochód, oczywiście, zakopany nie został. Jednym słowem, była to jedna wielka podpucha!
              Pomysł jednak przedni i co tu mówić… panie i panowie! … czapki a głów!


sobota, 12 października 2013

Przysmak z Indonezji

             Z Indonezji pochodzą dwa dania „dla smakoszy”. Pierwsze, znane na całym świecie to „gówniana” kawa kopi luwak, czyli najdroższy napój dla snobów. 

             Innym specjałem są burgery z kobry. Znajdują amatorów nie tylko wśród tubylców, ale również wśród turystów. 
              Dziko żyjące kobry łapią wyszkoleni „łowcy” i potem trafiają do „obróbki” w specjalistycznych rzeźniach. 


            
             Ze zmielonego i doprawionego mięsa formuje się burgery, które w wyglądzie zupełnie przypominają te „normalne”.


 

czwartek, 26 września 2013

W tym szaleństwie jest metoda! Cynizm czy realizm?

            Janusz Korwin-Mikke, stojący na czele Nowej Prawicy, jest politykiem najdłużej popierającym zniesienie absurdalnych przepisów antynarkotykowych w Polsce. Jego stanowisko w tej sprawie jest niezmienne od ponad dwudziestu lat, a dotyczy głównie „marychy”. Przez ten czas dał się poznać, jako bezkompromisowy obrońca wolności osobistej i gospodarczej, tak bardzo w praktyce kwestionowanych i łamanych.
            W zasadzie, by niczego nie przekłamać, warto zacytować słowa Janusza Korwin-Mikke.
  „Powiedzmy, że jutro Władzuchna w łaskawości swej postanowi, że codziennie każdemu będzie dawać za darmo wiązkę trawki. Wolne Konopie byłyby zachwycone. My – wściekli.
I to aż z trzech powodów:
1) Bo nadal istnieje (i umocnił swoją pozycję!) KTOŚ, kto może mi POZWOLIĆ – a więc i NIE POZWOLIĆ – ma jedzenie, picie, palenie, wąchanie - tego, na co ja mam ochotę.
2) Bo KAŻDEMU – a więc i nieletnim bez zgody i wiedzy rodziców.
3) Bo „za darmo” - czyli z kieszeni podatników (także i tych, którzy palenie marijuany surowo potępiają!)
Chyba różnica – zasadnicza – jest jasna?
Na Wolne Konopie możemy liczyć tylko w jednej sprawie. I na ich poparcie, oczywiście, liczymy. Po prostu: mamy wspólny interes.
Oni chcą ćmić gandzię – my: zmieniać Polskę!”
               Nic dodać nic ująć! Szczere do bólu postawienie sprawy! Nie ma tu rozmydlenia i zakulisowych „dogadywań”. Zresztą Janusz Korwin Mikke od dawna wpisuje się w hasła z 1968 r. rzucane na paryskiej Sorbonie – Zabrania się zabraniać!
              Nawet Janusz Palikot wygląda przy takim dictum bezbarwnie. Tak naprawdę podpiera się tezami o nieszkodliwości jarania, bez żadnej społeczno-politycznej wizji.

piątek, 20 września 2013

Szarża Huzarska sprawnego umysłowo inaczej

              Radnemu miasta Legnicy (z nadania SLD), Michałowi Huzarskiemu, poluzowały się śrubki w mózgu.
              Oszczędności dla budżetu widzi w innej „organizacji” pomocy dla niepełnosprawnych. „Zamiast płacić za wiele etatów pracownic socjalnych, które chodzą codziennie do niepełnosprawnych, w jednym domu pomocy społecznej można stworzyć kilka stanowisk pracy. A to byłaby znaczna oszczędność” – postuluje.
              W swoich pomysłach idzie dalej. Sam jest wicedyrektorem ds. finansowych legnickiego szpitala, więc idzie za ciosem. Miejscowa służba zdrowia ma problemy z pomocą medyczną dla ludzi niepełnosprawnych. Nie dość, że sami sobie nie radzą, to jeszcze chorują. A to kosztuje! Za czas ich rekonwalescencji w lecznicy, nawet wielomiesięczny, płaci szpital, który w tym czasie mógłby zarabiać na wysokopłatnych operacjach czy zabiegach.
  Tak więc najlepiej ich ubezwłasnowolnić, by nie gęgali, odebrać majątek (wszystko, razem z mieszkaniami!), sprzedać i umieścić wszystkich w jednym DPS-ie. Będzie kasa na ich utrzymanie!
Samorządowcy obecni na posiedzeniu komisji zdrowia zupełnie serio podeszli do tych bredni, nikt nie zaprotestował. Dorota Purga, wiceprezydent Legnicy, odpowiedzialna za opiekę medyczną i pomoc społeczną zauważyła jedynie, że... nie ma możliwości prawnych, aby taki projekt wdrożyć w życie. Radny Michał Huzarski przekonywał, że możliwości są, tylko trzeba chcieć je wykorzystać.
Jasne! Są przecież równi i równiejsi! Prawo można nagiąć, albo odpowiednio zinterpretować.
Spokojnie również wszystko przyjęła Grażyna Ostrowska, rzecznik praw pacjenta w legnickim szpitalu. Zwróciła nawet uwagę, na dużą ilość niepełnosprawnych osób zajmujących łóżka w lecznicy, które mogłyby być lepiej, pożyteczniej i korzystniej dla placówki wykorzystane.
Czyli wazelina! Popierajmy się! Nieważne, że to granda!
Docelowo projekt może objąć w Legnicy kilkadziesiąt osób.
„Natychmiast zajmiemy się tą sprawą. Brak mi słów" – skomentował odlot Huzarskiego, Wojciech Olejniczak.
SLD czy LSD?! Polecą głowy?



niedziela, 28 lipca 2013

Cienki Bolek i macho Linda

            Erwin Wencel w Se24.tv ujawnił, że nakrył w łóżku żonę Ewę i Bogusława Lindę. Rzecz miała miejsce gdzieś w 2006 r. w willi Wenclów, w Komorowie. Ponoć sztandarowy macho polskiego kina spierdalał przez taras bez spodni, zostawił nawet pod poduszką pistolet, z którego po kilku „łyskaczach” lubił sobie postrzelać. Na szczęście w powietrze.
Ponoć to było główną przyczyną zerwania 25-letniej przyjaźni i współpracy (był managerem aktora). Wencel idzie dalej za ciosem – przetacza się przez tabolidy i snuje swoją spiskową teorię. Oskarża byłą żonę (rozwód wzięli w 2007 r.) o liczne zdrady. Wiedzie mu się nie najlepiej, nie ma stałej pracy, ani zatrudnienia. Podobno nie ma też gdzie mieszkać. Podał wiec byłą żonę do sądu o alimenty, argumentując, że willa była wspólna, a pieniądze z jej sprzedaży poszły w całości na zakup mieszkanie dla ich syna Andrzeja. Chce tam ewentualnie zamieszkać.
Hmmm… Zgrzyta to wszystko. Trzeba mu chyba przypomnieć, że już w 2006 r. związał się z … Iloną Łepkowską. Napisali nawet razem scenariusz filmowy „Jeszcze raz”. Film jaki jest, nie każdy, na szczęście, widział… 
Erwin Wencel chyba pewnych rzeczy nie rozumie, zrozumieć nie chce albo wali głupa. Dlaczego takie sprawy wywleka po latach?! Tłumaczenie, że czekał na dorosłość dzieci Lindy i swoich – to jakieś pieprzenie w bambus!
Panie Wencel! Jeżeli żona idzie do łóżka z innym facetem, ma najczęściej ku temu powody! Nie robi tego – ot tak! A powody mogą być różne:
1. Miała pana głęboko gdzieś, co mogło wynikać z rozczarowania pana „osobowością”.
2. Była to chwila zapomnienia – przynajmniej spadła z dobrego konia.
3. Pan się po prostu nie sprawdził!
i tysiąc innych!
Jeśli chciałby pan ratować, co było ewentualnie do ratowania, tak szybko w ramionach Ilony by pan nie wylądował! A prawdopodobnie czasowo to się nawet pokrywało!
Jak by nie patrzeć – cienki Bolek!
Po kiego grzyba pan się tak po latach wywnętrza i żali w tabloidach? Taki pan jest pamiętliwy? Czy nie zdaje pan sobie sprawy, że tu nie tylko chodzi o Lindę, ale również o Lidię Popiel i pana byłą żonę? Żenada! Niektóre sprawy trzeba brać na klatę i… milczeć. Inaczej przypomina to refleksję 90-letniego dziadka, który podczas obiadu ni z gruchy, ni z pietruchy wali talerzem o stół.
- Co jest? – pyta niewiele młodsza żona.
- Jak sobie przypomnę, że nie byłaś dziewicą jak braliśmy ślub, to mnie szlag trafia!
A odnośnie macho Lindy… Nie przystoi! Tego się nie robi kumplowi i „swojej” kobiecie. Dlaczego? W imię zasad…
Nie rzucam kamieniem, bom bez winy nie jest. Kto bowiem jako ta „lelija” zdołał się uchować?



piątek, 14 czerwca 2013

Dziennikarze biorą szmal od partii politycznych

            Zdumienie budzi dyskusja nad tendencyjnością dziennikarzy, wręcz ich dyspozycyjnością wobec partii politycznych. Jest szmal – jest artykuł! To oczywista oczywistość już od dawna, nad czym tu się rozwodzić? Uczciwość dziennikarska to pojęcie z zamierzchłych czasów, teraz liczy się tania sensacja i niedomówienia.
            „Gazeta Wyborcza" prześledziła wydatki dwóch partii: Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Okazało się, że wydają one miliony złotych na agencje PR i usługi dziennikarzy.
            Takie zlecenia PR dla PiS świadczyli: Sergiusz Trzeciak (agencja), Bogdan Szcześniak (agencja) i Stanisław Janecki (były redaktor naczelny „Wprost", obecnie publicysta tygodnika „Sieci"). Ten ostatni wykasował od partii 40 tys. zł.
            Po kilka tysięcy złotych dostali: Andrzej Urbański (były prezes TVP), Małgorzata Raczyńska (była dyrektor TVP 1), Teresa Bochwic (członek zarządu głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich).
             143 tys. zł z konta PiS wpłynęło na konto Radia Wnet należącego do Krzysztofa Skowrońskiego, byłego dziennikarza Radia Zet, a za rządów PiS szefa radiowej Trójki, obecnie prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
              PiS wspomogło też kwotą 20 tys. zł fundację Lux Veritatis ojca Rydzyka, nadawcę telewizji Trwam.
Trzeba przyznać, że nie pracowali na dwa fronty. Platforma Obywatelska wynajmowała innych dziennikarzy (na jej liście płac są też agencje reklamowe: Pan Media Western, CAM Media, DDB). Fundacja Świat Ma Sens założona m.in. przez Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetkę dostała 400 tys. zł na organizację projektów kulturalnych i społecznych. Burnetko to były dziennikarz „Tygodnika Powszechnego" i „Polityki", nadal współpracuje z serwisem internetowym Polityka.pl.
              Po kilka tysięcy złotych otrzymali też od PO za współpracę z Instytutem Obywatelskim komentatorzy Aleksander Kaczorowski i Jerzy Skoczylas. PO dała też zarobić ok. 48 tys. zł firmie Bereś Baron Media Production za doradztwo medialne.
Puszkę Pandory otworzył Jarosław Gugała (Polsat), który takie praktyki ostro potępił w „Poranku Radia Tok FM".
             Zdecydowana większość dziennikarzy nie widzi nic złego w pracy „na zlecenie” polityków. Jak to się ma do obiektywizmu i niezależności mediów – cicho sza!
             Trudno wymagać, by „Gość Niedzielny” chwalił poczynania Leszka Millera, ale jakaś przyzwoitość powinna być zachowana. Prościej mówiąc dla szmalu, choć nie śmierdzi, nie wszystko można robić.

czwartek, 6 czerwca 2013

Seks pośrednik czy „brat łata”? Fibaka ciąg dalszy...

             Ujawniona przez tygodnik „Wprost” sensacja, że Wojciech Fibak handluje młodymi dziewczynami, parując je z bogatymi „panami” - jest tak naprawdę tajemnicą poliszynela.
Kilka lat temu zlazł się nawet w kręgu zainteresowania francuskiej policji, nota bene razem z Robertem de Niro.
             Nie chce mi się wierzyć, by ci koneserzy kobiecych wdzięków jakoś się mu nie rewanżowali! A to nazywa się po prostu – sutenerstwo! Tylko tak naprawdę dowodów na to brak, gdyż pojęcie sutenerstwa wiąże się z czerpaniem zysków z nierządu, czyli mówiąc po imieniu - „dopuszczania kobiet”. Swoją drogą, jakoś nie słychać protestu tych kobiet. Jeśli już, wiedziały w co się pakują, nikt ich siłą do niczego nie zmuszał.
            W nagraniu przytoczonym przez „Wprost” Fibak chwali się wręcz 30-stoma przypadkami pośrednictwa w zawieraniu takich specyficznych znajomości. Ponoć dzięki jego działaniom wyswatał Kate Rozz, czyli Katarzynę Gwidałę, znaną z tego, ze jest znana. Przede wszystkim jako była już żona Piotra Adamczyka. Małżeństwo wytrzymało rok, długo też nie trwał jej „francuski związek” z Jean Manuelem Rozanem, bogatym finansistą i wpływowym. Gwizdała wyszła za niego mając niespełna 20 lat.
            Dziwi mnie jedno - jak mógł tak się dać wpuścić w maliny? Prowokacja dziennikarska „Wprost” była szyta tak grubymi nićmi, że śmierdziało na odległość. Beztroska? Zbytnia pewność siebie? Poczucie bezkarności? A może wszystko razem?
               Kwestia dlaczego to robił, po co, to inna bajka. By zaimponować celebrytom? Zaistnieć w świecie bogatej finansjery? W ten sposób bratać się z nimi? Dla kasy? Mało mu było? Niektórzy znający go ponoć dobrze, mówili o chorobliwej wręcz ambicji Fibaka i przeroście ego.
              Ciekawi mnie tylko jedno – czy sprawa będzie miała dalszy ciąg? Są podstawy do zarzutów prokuratorskich, czy nie? Raczej nie, gdyż nie było mowy o żadnych korzyściach finansowych dla „pośrednika”. A jeśli tak, zamiecie się się to pod dywan, czy też będzie coś tam w zawiasach...
              Sam Fibak zareagował bardzo nerwowo. Telefon do redakcji „Wprost” z prośbą o wstrzymanie publikacji, tylko pogorszył sprawę. A straszenie sądem jest czystą naiwnością. I jeszcze jedno... Od dawien dawna wiadomo, że w takich przypadkach najlepsze jest milczenie. Zero komentarzy, po prostu gęba na kłódkę! A Fibak zachował się jak pierwszy naiwny! Za co płaci swoim prawnikom? Nie ma fachowców PR-u? A może uważa, że jest alfą i omegą, nie słucha rad, co powoduje takie miotanie się i karmienie tabloidów.
              To zresztą osobny temat. Wielu publicystów dystansuje się od metod zastosowanych przez „Wprost”, nazywając je „dziennikarstwem śmieciowym”. Na razie jedynym skutkiem publikacji jest rezygnacja z pracy w tygodniku Marcina Króla i Tomasza Jastruna. W ciągu ostatnich miesięcy z „Wprost" odeszli także Krzysztof Skiba i Szymon Hołownia. Sylwester Latkowski, redaktor naczelny tygodnika, powoli traci ekipę.
             Zareagowała też redakcja sportowa TVP, zrywając z tenisistą współpracę.               
             Jak by jednak nie patrzeć, ubabrał się Wojciech Fibak, ubabrał... Trudno będzie to zmyć. Nagrabił sobie do końca życia.

środa, 29 maja 2013

„Zespołowe” zabawy posłów

               Zgodnie z regulaminem w Sejmie jest 26 komisji stałych. Komisje stałe dzieli się na trzy kategorie: duże, średnie, małe. Niektórych komisji ten podział nie obowiązuje (m.in. komisji do Spraw Służb Specjalnych). Oprócz nich Sejm może powołać komisje nadzwyczajne oraz komisje śledcze.
             Działają również tzw. zespoły, chyba tylko po to, by parlamentarzyści mogli wykazać się „pracą”. W obecnej kadencji powołano ich 114, do... No właśnie, do czego?! Niby mają się zajmować określonymi regulaminami sprawami, ale praktyka jest zazwyczaj żałosna. Często sprowadza się do wyboru prezydium i pozoracji robienia „coś tam, coś tam”. Same nazwy są niekiedy kuriozalne i mówią wszystko.
Parlamentarna Grupa Rowerowa (dowodzi Ewa Wolak – PO), Parlamentarny Zespół ds. Afryki (no jakże by inaczej! John Godson – PO), Parlamentarny Zespół ds. Piastówanio Ślónskij Godki (Marek Plura – PO), Parlamentarny Zespół ds. Promocji Badmintona (Zbigniew Dolata – PiS), Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski (Andrzej Jaworski – PiS), Parlamentarny Zespół ds. Wędkarstwa (Tomasz Kamiński – SLD), Parlamentarny Zespół ds. Wyścigów Konnych i Jeździectwa (Michał Szczerba – PO), sześć zajmuje się sportem (m.in. żużlem, szachami, brydżem).
             Ufff... Robota pewnie ich zawala! Ani chwili wytchnienia! 
              Każdy z zespołów zrzesza od kilku do ponad stu posłów i senatorów, co daje prosty wniosek, że parlamentarzyści „działają” w kilku jednocześnie. Rekordzistami są Michał Szczerba z PO i Jan Dziedziczak z PiSu, którzy należą do 9. Można się domyślać jak się angażują w działalność, ile czasu ma to poświęcają.
            Dla porównania - przez 4 lata ubiegłej takich zespołów utworzono zaledwie 65. No cóż, obowiązki i „ważne sprawy” rozmnażają się przez pączkowanie. Pewnie dlatego obietnice przedwyborcze PO o odchudzeniu administracji i wysłaniu urzędników na szczaw, były tylko kiełbasą wyborczą.
           Całe szczęście, że posłowie i senatorowie pracują w zespołach społecznie i nie pobierają za to ani grosza. Ale zabawę mają przednią. Jakby nie patrzeć, mimo wszystko – za nasze pieniądze!



czwartek, 23 maja 2013

Drogie zabawy prezesa Kaczyńskiego, czyli „Newsweek" nie odpuszcza

             „Newsweek" dotarł do rozliczeń finansowych PiS za ubiegły rok. Ponad milion złotych rocznie partia płaci na ochronę Jarosława Kaczyńskiego, czym zajmuje się dzień i noc 20 byłych „gromowców”. Drugi milion trafił do niewielkiej firmy MTML. O wiekopomnej książce autorstwa prezesunia, już była mowa, więc potraktowano to skrótowo.

           Na konto niewielkiej spółki MTLM trafiło pięć wpłat na łączną sumę 1,2 mln zł. Za co? W zasadzie nikt nie potrafi tego racjonalnie wyjaśnić. Prezesem tej firmy jest Tomasz Pierzchalski, dyrektor warszawskiego biura europosłów PiS i członek rady Nowego Kierunku, fundacji kojarzonej z partią Kaczyńskiego.
         MTML zajmuje się marketingiem i działalnością sportowo-rekreacyjną. Ponoć obsługiwała debaty prof. Glińskiego i udostępniała plazmę podczas konferencji PiS. Dziennikarze „Newsweeka" twierdzą, że działająca od 2003 roku firma istniała tylko na papierze i przynosiła straty. Ruch w interesie zaczął się dopiero po nawiązaniu współpracy z PiS. 
             Dla fachowców suma wydawana na ochronę prezesunia jest niespotykana, przy tego rodzaju działaniach. Wychodzi bowiem około 90 tys. zł miesięcznie! Ochroniarze z Grom Group jeżdżą z nim po Polsce, zabezpieczają spotkania z sympatykami, pojawiają się na wyborczych konwencjach i pilnują jego domu.
           Poza tym PiS regularnie opłaca jedną z gdańskich kancelarii prawnych, której częstym klientem jest Kaczyński. Skarbnik PiS, Stanisław Kostrzewski, ma kłopot. Sam nie wie za bardzo, czy takie wydatki można pokrywać z partyjnych pieniędzy.
           No, jakże tak?! Prezesa trzeba chronić jak skarb narodowy! To oczywista oczywistość!
           Guzik mnie obchodzi na co PiS wydaje swoje pieniądze., ale obchodzi mnie, że pochodzą one z dotacji państwowych.
          Rękami i nogami podpisuję się pod wnioskiem, by znieść wszelkie dotacje dla partii politycznych. Niech się chłopcy bawią swoimi klockami! Niech na chronienie dupy prezesunia płaci on sam, albo niech zgodnie z „nowym świeckim obyczajem” członkowie PiS robią ściepę!





środa, 15 maja 2013

Szopka z danielami, czyli co się czepiasz łosiu

            Sławoj Leszek „Flaszka” Głódź ciągle narzeka na brak pieniędzy i różnorakie szykany ze strony mediów. Tymczasem jego poczynania przeczą słowom, że gdańska kuria tonie w długach. Po wyremontowaniu zabytkowej rezydencji w historycznej dzielnicy - Stare Szkoty - i urządzeniu ogrodu z danielami, metropolita gdański inwestuje w odnowienie kolejnego budynku. Robotnicy przebudowują skrzydło budynku sąsiadującego z dworkiem metropolity gdańskiego. Formalnie posiadłość należy do parafii św. Ignacego Loyoli.
             Temat jest drażliwy, gdyż Sławoj Leszek Głódź przeznaczył na to kilka milionów złotych. Pieniędzy na wszytko nie wystarczyło, dziś zajęte są hipoteki wielu nieruchomości archidiecezji. Ośrodek formacyjny w Sobieszewie obciążony jest kwotą pół miliona franków, łąki i pola pod Gdańskiem - 3 mln zł, a archikatedra oliwska wraz z siedzibą kurii ma wpisane w hipotece 21 mln zł zabezpieczenia na rzecz banku. Zastawy na nieruchomościach ma też skarbówka (m.in. 3 mln zł za zaległości podatkowe Stella Maris) oraz osoby fizyczne.
             Komornik, który starał się „znaleźć” majątek kurii, nie mógł zająć rezydencji Sławoja Leszka Głódzia, ponieważ należy ona do parafii św. Ignacego Loyoli .
             Solą w oku dla gdańszczan jest hodowla danieli, którą Sławoj Leszek „Flaszka” Głódź urządził przy swojej rezydencji w Starych Szkotach (obecnie część Gdańska-Oruni).
Problem w tym, że działkę parafia Loyoli otrzymała do wykorzystania na cele kultu religijnego. Nie jest to jakiś skrawek, ma powierzchnię 3300 m2 i wyceniona jest na 457 tys. zł.
Prezydent Gdańska oddał działkę bez przetargu, co więcej za jeden procent wartość - czyli 4,5 tys. zł - tylko dlatego, że miała być wykorzystana „na cele działalności sakralnej, z przeznaczeniem do łącznego zagospodarowania z obecnym terenem parafii". Miał prawo udzielić bonifikaty wyłącznie, jeśli w grę wchodził „cel sakralny". Za ziemię pod hodowlę zwierząt nabywca musiałby zapłacić pełną kwotę z wyceny.
            Transakcja była dla miasta ucieczką od procesy sądowego. Od 2008 r. abp Głódź żądał od Gdańska oddania hektarowego fragmentu Parku Oliwskiego. Prawo kurii do tego gruntu było dyskusyjne, ale władze samorządowe schowały głową w piasek. Spór zakończyło dopiero obdarowanie metropolity tym kawałkiem ogrodu, który dziś służy jego danielom.
            Kuriozalne jest tłumaczenie stanowiska miasta przez Antoniego Pawlaka, rzecznika prasowego prezydenta Gdańska. Otóż twierdzi, że zgodnie z przepisami nabywca ma dziesięć lat na wprowadzenie na tym terenie celu sakralnego. Jeśli tego nie zrobi, po upływie tego czasu gmina może domagać się zwrotu bonifikaty.
           Wprowadzeniem celu sakralnego może być choćby budowa kapliczki. Hodowla zwierząt może być również realizacją celu sakralnego, jeśli daniele zostaną wykorzystane w szopce bożonarodzeniowej - twierdzi rzecznik. Byle daniele nie były sprzedawane!
            Jednym słowem – co wolno wojewodzie (arcybiskupowi), to nie tobie smrodzie! Śmiech na sali!





niedziela, 12 maja 2013

By prawo znaczyło prawo, a sprawiedliwość sprawiedliwość

            Wszelkie badania opinii społecznej i to na całym świecie, wskazują, że przestępców odstrasza nie wysokość kary, ale jej nieuchronność i zdecydowanie spolaryzowany wymiar. Inaczej mówiąc sprawiedliwość. W Polsce od dawien dawna pokutuje przekonanie o względności orzeczeń sądowych. Praktycznie bezkarni są gangsterzy, milionowi defraudanci czy „świecznikowi” politycy (vide: Sawicka, Czarzasty, Wąsacz), a już szczególnie posłowie i ministrowie. Z drugiej strony w trybie „z bomby” karani są pijani rowerzyści czy „kolekcjonerzy” marihuany.
             Dochodzi do tego inercja wymiary sprawiedliwości, sprawy się ślimaczą, by w konsekwencji wylądować gdzieś na dnie jakieś szuflady. A to są źle przygotowane dowodowo, a to popełniono błędy proceduralne, a to wręcz dowody giną. Wcina je praktycznie wszędzie! W sądach, w prokuraturze, na policji! Tajemnicą poliszynela jest stronniczość sadów, by wręcz nie mówić o korupcji.
              Zmienił się zupełnie obraz adwokata. Jego rola nie sprowadza się do obrony oskarżonego, ale do szukania dziur w przepisach prawnych, do znajomości kruczków prawnych, by proces w nieskończoność przeciągać.
              Nie jest to przepadek, że Polska tyle spraw przegrywa przede Trybunałem Sprawiedliwości (Luksemburg) i Europejskim Trybunałem Praw Człowieka (Strasburg).
              Podejście do „sprawiedliwości” znakomicie ilustrują dwa przykłady.
             W grudniu zeszłego roku Janusz D. (58 l.) rzucił na Jasnej Górze w Częstochowie w obraz Matki Boskiej żarówkami wypełnionymi czarną farbą. Obraz był zabezpieczony i w zasadzie nie został uszkodzony. Mężczyzna prawdopodobnie jest chory psychicznie. Za ten czyn od razu usłyszał prokuratorskie zarzuty „zniszczenia dobra o szczególnym znaczeniu dla kultury i obrazy uczuć religijnych”. Grozi mu do 10 lat więzienia. 
             

            Na początku maja tego roku Policja ujęła w Poznaniu mężczyznę, Mieczysława K. (57 lat), który napastował dwie młode kobiety. Wcześniej był karany za gwałty, m.in. na dziesięcioletniej dziewczynce. Grozi mu 8 lat więzienia.
          






            Nijak się to ma do społecznego poczucia sprawiedliwości! Coś jest tutaj postawione na głowie!
            Przypomina się anegdota , jak to w sądzie oskarżony uporczywie, mimo upomnień, zwracał się do sędziego per „wysoka sprawiedliwości”. W końcu sędzia nie wytrzymał i wypalił:
            - Tu nie ma żadnej sprawiedliwości! Tu jest sąd!


piątek, 3 maja 2013

Imię prawdę ci powie! Koko, Toro i Zoe

           Szykuje się zmiana w przepisach odnośnie nawania dzieciom imion. Rodzice będą mogli nadawać dzieciom imiona zdrobniałe i takie, które nie określają płci. Obecnie nie można dziecka nazwać Pipi czy Bibi, ale również zabronione są imiona typu Jaś czy Zosia. Musi to być Jan i Zofia.


           Małgorzata Piotrak, dyrektor departamentu spraw obywatelskich MSW, tłumaczy, że zmiany przepisów są konieczne, gdyż zwiększa się liczba małżeństw z cudzoziemcami. To powoduje wybór imion niespolszczonych, które nie dają pewności co do płci dziecka.
          Niby racja, co komu do tego, jak dziecko nie jego, ale... Już widzę „radosną twórczość” i fantazje rodziców! A jakby tak syna nazwać Winnetou? A córkę Mimi czy Fifi?
           Już teraz rodzice wykazują nie lada pomysłowość, by imieniem unieszczęśliwić dziecko. 




Poradnik – jak unieszczęśliwić swoje dziecko

         Teraz drzwi zostaną otwarte na wszelkie innowacje! 

             Już pojawiły się głosy, że jest to presja „środowisk gender”, które podważają tradycyjne rozumienie płci. Nie dość tego! Zgodnie z zasadami, które mają podwaliny w katolicyzmie, imię ma pewne przesłanie, które wiąże się ze świętym patronem. Jak by dobrze pogrzebać w starych księgach, może znajdzie się np. święty Elvis?
            Może być ciekawie, jak w starym dowcipie:
            W parku na ławce siedzi atrakcyjna dziewczyna i czyta książkę. Dosiada się do niej młody chłopak.
- Jaka książkę pani czyta? - pyta.
- „Geografię seksu”.
- Co w niej jest ciekawego?
- Przeczytałam, że najlepszymi kochankami są Żydzi i Indianie.
- Pani pozwoli, że się przedstawię. Nazywam się Mojżesz Winnetou.




sobota, 20 kwietnia 2013

Wiosna i terror matek z wózkami

Kilka ciepłych dni i już byłoby fajnie, gdyby nie te nerwy… Nosi mnie, bo w zasadzie na każdym kroku, bezmyślność ziomali doprowadza mnie do szału!


Chodniki jakie są takie są, najczęściej wąskie. Słoneczko przygrzewa, więc na spacerki wychynęły marki z wózkami. Przy okazji zakupu można przecież zrobić. Dobrze jeśli pociecha śpi, gorzej jak sobie przypomni, że coś by się tam popiło, czy przegryzło. Włącza syrenę i ciekawie zaczyna się dziać. Mamuśka zatrzymuje się na samym środeczku chodnika i zaczyna uspakajanie – tiu, tiu, tiu… Ominąć ją można włażąc na jezdnię albo zdzierając tynk. Dobrze jak się nie zjawi koleżanka z drugim wózkiem, by rady dawać, czy też pogawędkę o kupkach uciąć. Wtedy chodnik zablokowany na amen! 
Osobną kategorię zmór chodnikowych stanowią obładowane siatkami kobietony, w wieku nieco przejrzałym. Tak na oko 120 kg, dwie siaty i telepie się z nogi na nogę, oczywiście środkiem chodnika, bo jakże by inaczej! I one również uwielbiają zebrania i pogaduszki w najwęższym miejscu chodnika!
Inna rasa uwielbia paczki, paczuszki i eleganckie, firmowe torby. Dyrdają do samochodu zaparkowanego „za rogiem” i chodnik ich! 
Gang matek z wózkami wspierany jest przez rowerzystów. Jeżdżą, gdzie się da, a da się wszędzie! Czasem strach iść chodnikiem, bo popierdala taki kaskader i nie wiadomo – wykręci czy nie wykręci?
Tak trochę poza centrum, na działki zdążają „dwukołowcy” obojga płci – oczywiście chodnikami! Dlaczego nie jednią? Bo niebezpiecznie!
Idę sobie do marketu, a tu z tyłu wrzask – uwaga, uwaga! Kurczę się pod jakimś żywopłotem, bo toto musi przejechać! 
               W markecie ciach koszyk i po półkach wybieram co mi potrzebne. Raz, dwa i do kasy! Najczęściej z pięciu czynna jedna, ale co tam! Kolejka jednak dziwnie niemrawo się posuwa. Aha… Zator…
              Jestem już blisko i słyszę powtarzający się dżingiel. Ma pani/pan drobne? Dobrze pani/pan kumate są, szybko coś tam wysupłają. Ale przecież, kurwa mać, drobne powinna mieć kasjerka, nie klient! A jak nie ma, niech umyślny zapierdala rozmienić!
No już… Przede mną kobieta z wyładowanym po sufit wózkiem, nie wiem po ci jej tyle…Od ziemi ogrodniczej, przez jakieś słoiki i słoiczki, torebki i torebeczki, po czteropaki piwa. Aha, zapomniałam zważyć paprykę! I spokojniutko bieży do wagi… A kolejka stoi i czeka…
Inna wersja…Pada suma i pani z niewinną minką mówi: - Jeszcze zapomniałam masła, parówek … (wstawić co kto chce!). I znika na kilka minut. Wraca z czymś tam i jeszcze czymś… - Wzięłam przy okazji… A kolejka milczy. Gdyby oczy mogły zabijać, już by trupem padła! Nie pamiętasz? Notuj na kartce listę zakupów! Wszystkim ułatwisz życie!
              Grunt to się nie denerwować i dobrze odżywiać! Zamknąć oczy i policzyć do dziesięciu… Podobno działa!
 
 
 

 

środa, 17 kwietnia 2013

Działki na cenzurowanym, czyli skok na kasę

            Solą w oku niektórych posłów, ale wydaje się, że również rządu, są pracownicze ogródki działkowe. No bo jak to? Warzywka sobie hodują, owoce pod nogi im spadają, słoneczko świeci, wiaterek chłodzi… I to za friko! Państwo z tego nic nie ma! A przecież market można by tam postawić, haracz ściągać i kasa jest!
            Nie ma tak dobrze! Platforma szykuje kolejny skok na dużą kasę, bardzo dużą. W sejmowej szufladzie leży projekt grupy posłów z Stanisławem Huskowskim (PO) na czele, pod pięknym hasłem „Oddajmy działki działkowcom”. Taaak… Tylko, że politycy PO chcą zlikwidować Polski Związek Działkowców, zrzeszający 4948 rodzinnych ogrodów działkowych, z których korzysta około 4 000 000 osób. Jest to jedyna organizacją, która działkowców broni i dba o ich interesy, więc żeby zachamęcić, trzeba ją uziemić. A potem ziemię (ok. 43,5 tys. ha) mają przejąć samorządy. Dalszy ciąg jest posty jak konstrukcja cepa – wysoka dzierżawa albo wręcz wywłaszczenie działkowców. No i oczywiście będzie ją można będzie sprzedać za dużą kasę, gdyż często ogródki działkowe znajdują się w bardzo intratnych miejscach. Nawet w centrum dużych miast.
          Gra idzie o setki miliardów złotych!
          Jakby tego było mało, jeśli ustawa wejdzie w życie, to Skarb Państwa przejmie również środki pieniężne zgromadzone na kontach funduszu ogrodowego, czyli składki działkowców. Projekt PO nie gwarantuje żadnych odszkodowań czy to za altanę, czy to drzewa. Otwiera natomiast wiele furtek, by działkowców zrobić w konia i działki im po prostu odebrać.
           Przymiarki do ustawy trwają już kilka lat, działkowcy protestują, sprawa cichnie, potem znowu wraca. 
  Działkowcy napisali obywatelski projekt ustawy o rodzinnych ogrodach działkowych i zamiast wymaganych 100 000 podpisów zebrali ich 924 801. Gwarantuje on właścicielom działek zachowanie prawa do działki, pełną swobodę zrzeszania czy zachowanie własności majątku na działce. Popiera to jedynie Ruch Palikota, PO i PiS są wyjątkowo zgodni – przeciw! PSL jak zwykle chowa głowę w piasek – niby są za projektem obywatelskim, ale jakby co, zagłosują jak PO. Wytłumaczenia będzie – koalicja zobowiązuje! My chcieli dobrze!
             Żaden poseł działkowców nie poparł, mają ważniejsze sprawy na głowie - jak załapać się na wycieczkę za państwowe pieniądze? Może być Galapagos!


niedziela, 14 kwietnia 2013

Facebook szuka kasy

             Facebook przymierza się do wprowadzenia opłat za wysyłanie wiadomości do nieznajomych. Ewidentnie w ten sposób szuka się szmalu, gdyż głównie dotyczyć to ma celebrytów, a stawka uzależniona będzie od popularności strony - ilości zainteresowanych wysłaniem wiadomości do adresata, liczby wyświetleń profilu czy śledzących.
              Ostatnio testowanie tej kontrowersyjnej usługi firma rozpoczęła w Wielkiej Brytanii. Opłaty wprowadzono już jakiś czas temu w Stanach Zjednoczonych, gdzie za wiadomość Facebook kasuje po 5, 10 lub 15 dolarów. Jednym z testowanych wariantów było nawet 100 dolarów za komunikat bezpośrednio do skrzynki odbiorczej najpopularniejszych gwiazd. Obecnie najwyższa stawka ustalona w Wielkiej Brytanii to 10 funtów dla takich gwiazd jak olimpijski medalista, Tom Daley czy Michael Rosen - autor popularnych książek dla dzieci. Podobną kasę trzeba wybulić za wysłanie wiadomości do Snoop Dogga.
             Kto na to pójdzie?! Na razie pomysł jest w proszku, ale trwają prace nad optymalizacją opłat. Pewności, że odpowie adresat nie ma żadnej.
             A może by tak zasadę odwrócić? Już widzę jak Doda płaci mi 5 dolców za „lajka”! Na razie ten chory pomysł dotyczy tylko wiadomości, ale myślenie ma kolosalna przeszłość! Można przecież kasować za udostępnianie zdjęć, a nawet wprowadzić miesięczny abonament za samo korzystanie z „księgi twarzy”.


sobota, 13 kwietnia 2013

Galapagos za nasze pieniądze - możecie mi skoczyć!

            Pięcioro posłów - Ryszard Kalisz, Wanda Nowicka, Beata Mazurek, Bożena Bukiewicz i Damian Raczkowski polecieli do Ekwadoru na konferencję „Współczesne problemy międzynarodowe". Można uznać, że Kalisza i Nowicką zainteresowały omawiane tematy, pozostałych chyba nie bardzo, gdyż „urwali się” na wycieczkę, by zobaczyć wyspę Galapagos. Może zainspirować ich miały żółwie?
             Poinformował o tym „Fakt” i wkurwiło to nieco Bożenę Bukiewicz (PO). - Pojechaliśmy za własne pieniądze! Nic Wam do tego. To moja prywatna sprawa! - wykrzyczała do słuchawki i ucięła rozmowę.
             Nie do końca, pani posełko! Nasza, społeczeństwa, również! Do Ekwadoru poleciała pani za państwowe pieniądze, nie po to, by sobie żółwie oglądać!
             Pozostali uczestnicy wycieczki na Galapagos (Damian Raczkowski - PO i Beata Mazurek - PiS) nabrali wody w usta. Co tam różnice polityczne! Ssanie państwa przede wszystkim! Grabią równo do siebie, jak pon buczek przykazał!
            Gwoli przypomnienia, lista przywilejów „wybrańców narodu”: pensja 9892,30 zł, dodatkowa dieta 2473 zł, pieniądze na utrzymanie biura ok. 12 tys. zł, darmowe loty krajowe, przejazdy PKP w I klasie i PKS, immunitet, hotele na terenie kraju rozliczane jako delegacje, dopłata do mieszkania wynajmowanego w stolicy 2200 zł. Biedni ci oni! Mają więc możliwość nisko oprocentowanych pożyczek, z czego skrzętnie korzystają!
            Przywołana posłanka Bukiewicz, reprezentująca ziemię lubuską, wykpiła ostatnio petycję w sprawie utworzenia w Gorzowie Wlkp. centrum onkologii z radioterapią. Podpisało ją ponad 7,5 osób. Widać, że swoich wyborców ma w głębokim poważaniu!



 

wtorek, 9 kwietnia 2013

UFO nad Smoleńskiem, nie takie rzeczy my ze szwagrem widzieli!

Pokazanie „Anatomii upadku" Anity Gargas wyprodukowanego przez „Gazetę Polską”, po filmie „Śmierć prezydenta” National Geographic i późniejsza dyskusja nad przyczynami katastrofy w Smoleńsku, wpisują się w jakiś dziwny, schizofreniczny ogląd rzeczywistości.
Decyzja o emisji tych dwóch filmów, jeden po drugim, nie ma nic wspólnego z obiektywizmem, to po prostu „cykoria” prezesa Baruna. Nie można zjeść ciasta i mieć ciastka! Oszołomy firmowane przez PiS i skupione wokół „Gazety Polskiej” ze swoją teorią „zamachu” mogą się dusić we własnym sosie, publiczna telewizja, ponoć „z misją”, nie powinna uczestniczyć w tym cyrku. Problem bowiem jest taki, iż ktoś tu jest chory, dwie wersje nie mogą tak od siebie odbiegać! Na kilometr tu śmierdzi manipulacją, czyli politycznym cwaniactwem. 
               Dokumentalny film Anity Gargas ma tyle wspólnego z dokumentem, co rozważania małego Jasia o maszynie do szycia. Przytoczone „naoczne relacje” świadków katastrofy budzą śmiech i politowanie. Nie od dzisiaj wiadomo, że każdy widzi to co chce widzieć, a jeśli jeszcze ktoś mu „pomoże widzieć”, to pozamiatane! Zresztą nie takie rzeczy my ze szwagrem widzieli po litrze!
               W zasadzie nie ma o czym merytorycznie rozmawiać, gdyż zwolennicy teorii zamachu są nieprzemakalni. Wierzą w zamach wbrew wszelkim zasadom logiki. A z wiarą trudno dyskutować. Nawet piramidalne bzdury głoszone przez zespół Maciarewicza, przyjmowane są jak prawdy objawione. Prof. Jacek Rońda z krakowskiej AGH, ekspert zespołu parlamentarnego, zupełnie odleciał! Jego stwierdzenia typu „samolot nigdy zszedł poniżej 100 m” są na granicy pomroczności jasnej. Zapewnienia o autentyczności „kupionych” od jakichś tajemniczych sił dokumentów, są po prostu śmieszne. Momentami jego argumentacja przypomina badania nad UFO. Byli, widzieli, wiedzą, ale jak przychodzi do naukowej plemiki – dupa w troki!
               Film Anity Gargas, podobnie jak później niektórzy dyskutanci, zupełnie pomija jakiekolwiek rzetelne opracowania. Skupia się na udowodnieniu zaniedbań polskiego rządu. Aluzja do „winnych zamachu” jest tak przejrzysta i delikatna jak latająca siekiera. Przywołanie wypowiedzi premiera Tuska czy prezydenta Komorowskiego prawie palcem na nich wskazuje – to oni! To oni są winni!
             Wydaje się, że cała „teoria zamachu” nie ma na celu ewentualnego wyjaśnienia wszystkich aspektów katastrofy, a jedynie doraźne cele polityczne, głównie całkowite podważenie instytucji państwa.
             Odezwał się też Jarosław Kaczyński, z charakterystyczną dla siebie przenikliwością. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej Codziennie” stwierdził - „nie ma również wątpliwości co do tego, że gdyby rzeczywiście (samolot) uderzył w podłoże z taką prędkością, co do której nie ma sporu - 9 m na sekundę, czyli tyle, ile przy normalnym lądowaniu - to o żadnym rozpadzie na tysiące części nie mogło być mowy. Jest nawet wysoce prawdopodobne, że nawet by nie pękł”. Pogratulować znajomości praw fizyki!
             Apogeum obchodów trzeciej rocznicy katastrofy przypadnie jutro, ale już w poniedziałek na Jasnej Górze modlono się w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej. „To byli prawdziwi bohaterowie, niewahający się przedłożyć dobro wspólne, troskę o ojczyznę ponad osobiste dobro i dobro swoich rodzin” - mówił o. Dariusz Cichor. Jak to bohaterstwo się przejawiało – nie wspomniał!
            Premier tego dnia wybiera się do Nigerii z wizytą gospodarczą. Przed wylotem złoży kwiaty pod pomnikiem na Powązkach. Uniknie widoku prawdopodobnych transparentów typu - „Tusk ma krew na rękach" czy „Komoruski”, które z taką pasją dzierżyli w zeszłym roku zwolennicy „Gazety Polskiej” i teorii zamachu.
           O dziwo, wobec takich poczynań, dystansuje się Zbigniew Ziobro. „Solidarna Polska nie będzie uczestniczyć w uroczystościach organizowanych, czy to przez PO, czy PiS. To upartyjnianie uroczystości dla własnych celów politycznych. Solidarna Polska tylko odda część zmarłym. Na mogiłach złożymy kwiaty, będziemy też uczestniczyć w mszy świętej” - zapowiedział.
Najsmutniejsze jest to, że tragedia smoleńska zamiast połączyć, Polaków podzieliła. Ten rów, w zasadzie już przepaść, trudno będzie, jeśli to w ogóle przy takim zacietrzewieniu możliwe, zasypać. Aż chce się powiedzieć – Ludzie! Ciszej nad tą trumną! Zginęło 96 osób, o różnych poglądach i różnej orientacji politycznej, uszanujmy ich pamięć!

piątek, 5 kwietnia 2013

Żydzi sami byli sobie winni, czyli skurwysyństwo do kwadratu

            W najnowszym numerze magazynu „Focus Historia Ekstra” wydanym specjalnie z okazji 70. rocznicy powstania w getcie warszawskim, ukazał się m.in. wywiad „Żydzi sami sobie winni?" z prof. Krzysztofem Jasiewiczem, pracownikiem Instytutu Studiów Politycznych PAN. Wynurzenia wpisują się w najbardziej ciemną, antysemicką ideologię.
            Kawaler Krzyża Orderu Odrodzenia Polski, kierownik Zakładu Analiz Problemów Wschodnich ISP PAN, podzielił się z czytelnikami poglądami rodem z nazistowskich agitek. Dyrektor Instytutu Studiów Politycznych PAN, porównał wypowiedzi prof. Krzysztofa Jasiewicza do artykułów hitlerowskiego „Stuermera". Sprawą ponoć zajmie się Rada Instytutu.
             Zbulwersowane jest całe środowisko akademickie, do wywiadu – o dziwo! - dystansuje się również redakcja „Fokus Historia Ekstra”. - Byliśmy zdumieni, że tak skrajne poglądy może głosić pracownik naukowy wysokiego szczebla, obrażając przy tym inaczej myślących. My pokazaliśmy, że antysemityzm także wśród ludzi nauki nie należy do przeszłości. I że nie można o tym nie pisać - oświadczył redaktor naczelny Michał Wójcik. Jest to jednak musztarda po obiedzie, trzeba było wywiadu nie publikować, a nie teraz drzeć szaty i szukać usprawiedliwień dla decyzji druku.
            Drastyczne poglądy prof. Krzysztofa Jasiewicza obrazuje kilka kilka jego „myśli”:
        „Owe bzdury i dane z sufitu o Żydach zamordowanych głównie przez polskich chłopów to właśnie projekcja zmierzająca do ukrycia największej żydowskiej tajemnicy. Otóż skala niemieckiej zbrodni była możliwa nie dzięki temu, » co się działo na obrzeżach Zagłady «, lecz tylko dzięki aktywnemu udziałowi Żydów w procesie mordowania swojego narodu”.

         „Żydów gubi brak umiaru we wszystkim i przekonanie, że są narodem wybranym. Czują się oni upoważnieni do interpretowania wszystkiego, także doktryny katolickiej. Cokolwiek byśmy zrobili, i tak będzie poddane ich krytyce - za mało, że źle, że zbyt mało ofiarnie. W moim najgłębszym przekonaniu szkoda czasu na dialog z Żydami, bo on do niczego nie prowadzi”.
 
         „Głęboko jestem przekonany, że za zbrodnią w Jedwabnem i innymi pogromami nie stoi chęć zdobycia pierzyn i nocników żydowskich, nawet jest tam mniej odwetu za różne podłości żydowskie (a było ich sporo w latach 1939-41 na terenie Łomżyńskiego i we wszystkich innych miejscach, gdzie Żydzi mieszkali) - stoi tam wielki strach przed nimi. I ci zdesperowani mordercy być może w duchu mówili sobie:' Robimy rzecz straszną, ale może wnuki nasze będą nam wdzięczne'. Myślę, że jest możliwa taka interpretacja, choć ona ze zbrodni nie rozgrzesza”.
 
          „Żydów zaślepia ich nienawiść i chęć odwetu. To podstawowy powód, dla którego zasilili aparat bezpieczeństwa bolszewii, potem sowiecki na Kresach i wreszcie UB po wojnie. Mam wrażenie, że człowiek w miarę wykształcony i średnio bystry zorientuje się, że niekoniecznie relacja żydowska jest prawdziwa. Że wywód badacza żydowskiego nie zawsze jest mądrzejszy. I że jeśli jakiś badacz nie podziela tego poglądu, to wcale nie musi być antysemitą pozbawionym empatii”.

              „Grupę badaczy nieżydowskich, która się identyfikuje z etosem żydowskim, złośliwie nazwałbym ludźmi intelektualnie ułomnymi. Często jest to spowodowane manierą stosowania nadmiernego krytycyzmu w stosunku do rodaków, przy bezkrytycznym stosunku do dywagacji żydowskich, z nadzieją, że to pomoże im w karierze. Ja bym wybrał Polskę”.
 
„Jest też problem badaczy żydowskich, którzy ukrywają, że są Żydami, i udają, że są np. Polakami, Francuzami czy Węgrami”.

„Na Holocaust pracowały przez wieki całe pokolenia Żydów, a nie Kościół katolicki. I Żydzi z tego - jak się wydaje - nie wyciągnęli wniosków”.

Można to skomentować tylko w jeden sposób, po imieniu – skurwysyństwo nie ma granic! Z taki poglądami się nie polemizuje, od razu leje się mordę! Chociaż nie, ręce można sobie niepotrzebnie ubabrać.


środa, 3 kwietnia 2013

Pobieraczek – sraczek! Nie dajcie się wpuszczać w maliny!

               Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakwestionował praktyki serwisu Pobieraczek, który oferował dostęp do płatnych plików. Na firmowej stronie dalej można przeczytać, że przez 10 dni korzystanie z serwisu jest bezpłatne. Potem trzeba wybulić 94,80 zł. Problem w tym, że regulamin mówi, iż sama rejestracja jest zawarciem umowy. Klient dowiaduje się o tym z maila, który przychodzi po tych 10 dniach. Zgodnie z prawem, internauta powinien wcześniej dostać maila z informacją, że może się wycofać z umowy w ciągu 10 dni (tych bezpłatnych).
              Większość problemów z Pobieraczkiem mają osoby, które nigdy nie korzystały z serwisu, a jedynie się zarejestrowały. Jest małe światełko dla tych, którzy dali się zrobić w konia. Zgodnie z ustawą z 2 marca 2000 roku o ochronie niektórych praw konsumentów, jeśli przedsiębiorca nie poinformuje nas o takim prawie, czas, w którym możemy odstąpić od umowy, wydłuża się do 3 miesięcy.
              Pobieraczek wysłał setki maili, strasząc nawet procesami sądowymi, jeśli zarejestrowani użytkownicy nie wyskoczą z kasy. Wielu spanikowało i zapłaciło. Z drugiej strony regulaminy trzeba dokładnie czytać, haki wyłowić. A co z tymi, którzy nie zapłacili, a minęło ponad 3 miesiące? Trudno powiedzieć, jak by się skończyła sądowa przepychanka. W końcu jest to ewidentne naciąganie ludzi i można mieć nadzieję, że poszło by po myśli nabitych w butelkę. 

































             Wielu internautów wypowiedziało wojnę Pobieraczkowi i skończyło to się to (chyba) zwycięstwem. W grudniu serwis, którego właścicielem jest firma Eller Service, niby zakończył działalność. Niby, bo stronka dalej wisi w necie, tylko już bez możliwości rejestracji.
             Liczne skargi spowodowały, że sprawą zajął się UOKiK, który nałożył na firmę Eller Service z Gdańska karę prawie 240 tys. złotych. Ma ona również zmienić sposób zachęcania do założenia konta oraz opublikować decyzję Urzędu na swojej stronie, na okres 6 miesięcy. Szykuje się również pozew zbiorowy internautów przeciw Pobieraczkowi.
             Tak naprawdę nie wiadomo, czy Pobieraczek działa, czy nie. Nie było podstaw prawnych, aby wydać decyzję o całkowitym zamknięciu serwisu. Tako rzecze sąd.