kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 czerwca 2014

„Siostry miłosierdzia” świętowały!

             Dzień Dziecka – wiadomo - 1 czerwca, ale że następnego dnia przypada Międzynarodowy Dzień Prostytucji, mało kto wie. Panie najstarszej profesji świata zjeżdżają się do Berlina, by świętować i to zupełnie oficjalnie. Trochę narzekają na ostracyzm, ale głównie się bawią. Odsłaniają pomniki, organizują wystawy i marsze. Imprezę uświetniają gwiazdy porno, które często karierę zaczynały w tej branży.
  Ubiór nie postawia wątpliwości, wiocha!
  Może być też styl lateksowy 
 Trochę wyższa półka
 
             Prostytucja nie jest w Niemczech karalna, nikt nie liczy kobiet w tej branży. Od dziesięciu lat prostytutki mają ustawowo zagwarantowane minimum świadczeń socjalnych i zaopatrzenie zdrowotne. Zadbano równocześnie o nowe, uproszczone formy ściągania od nich podatków za świadczone usługi. 80 proc. pań pracujących w branży to imigrantki, w Austrii to aż 90 proc. Większość pochodzi z krajów Europy Wschodniej i Południowej oraz krajów afrykańskich, 20 procent z nich to Bułgarki i Rumunki. Najczęściej pracują na czarno.
            Co by nie mówić, zapotrzebowanie na ich usługi istnieje, ale na pomniki raczej nie zasługują. Jak to ktoś powiedział – kurwa to nie zwód, to charakter. A Julian Tuwim puentuje to tak:

Do jednej
Piotr miał cię za swą dziką żądzę,
Jan za to, że jest piękny ciałem.
Alojzy miał cię za pieniądze.
Ja - zawsze cię za kurwę miałem.



środa, 4 czerwca 2014

Cycki – to jest to!

             Matrofobia to paniczny lęk przed kobiecymi piersiami. Lęk, wydaje się całkowicie uzasadniony, gdyż cycki to baaardzo niebezpieczna broń!


Już starożytni Słowianie widzieli zagrożenie, chociaż innego rodzaju
Tańcowała baba z Wickiem:
Wybiła mu zęby cyckiem.
Teraz Wicek zgubił zęby
Zrobiła się dupa z gęby.
                Hmmm... Jak mówi porzekadło – kto nie ryzykuje, w Rawiczu nie siedzi! Odwagi, panowie! To tak jak z tym gostkiem, co to jadąc pociągiem uporczywie wpatrywał się w cycki siedzącej naprzeciw kobiety.
- Chce pan w pysk?! - odezwała się oburzona.
- Tak, tak! Jednego w pysk, drugiego w łapy!

A jak by trzeba powiększyć...
                    Tak, tak! Wiem! Jestem męska, szowinistyczna świnia!

poniedziałek, 26 maja 2014

Płać i nie pytaj dlaczego

            Kuriozalny jest fakt, że do ceny każdego nowego pendrive'a lub karty pamięci doliczana jest opłata dla twórców i artystów (0,47%). Pamięci USB traktowane są bowiem przez ZAiKS jako urządzenia, które posiadają możliwość zapisu utworów opisanych w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Czyli z polskiego na nasze - każdego kupującego traktuje się jako potencjalnego pirata, ściągającego z sieci co tylko można.
            Opłatę pobierają producenci i importerzy nośników (zazwyczaj doliczana jest do ceny urządzenia), a inkasuje ją siedem stowarzyszeń twórców i artystów, m.in. ZAiKS, SAWP, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, Stowarzyszenie „Polska Książka”.
              Oprócz tzw. czystych nośników (kart pamięci, pendrive'ów itp.) kasę pobiera się również za płyty CD, odtwarzacze MP3, magnetofony, radia samochodowe, zestawy muzyczne, odtwarzacze DVD i inne. Takie opłaty przewiduje ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Na jej podstawie minister kultury wydał rozporządzenie, w którym wymienił urządzenia objęte opłatą, także tzw. czyste nośniki (karty pamięci i pendrive'y).
             Łącznie zrzeszenia twórców i artystów dzielą się rocznie kasą rzędu od 7 do 10 milionów. I tak twórców to nie zadawała. Powołują się na dyrektywy unijne i wpływy w innych państwach (Czechy – 5 mln euro, Węgry – 8 mln euro, Niemcy – 200 mln euro).
            Tak naprawdę nie do końca wiadomo, co się a tą kasą dzieje. Do twórców trafiają ochłapy.
Ale jest nadzieja! Na dodatkowe opodatkowanie czeka papier, bo przecież na nim - jak nic - można nielegalnie wydrukować książkę!
            Jak w starym dowcipie, gdy sądzą bimbrownika za posiadanie aparatury.
            - To i za gwałt mnie sadźcie, też mam aparaturę!


czwartek, 20 marca 2014

Obsikany obraz

            Odbiór sztuki niesie z sobą emocje, ale czasem „po bandzie”, szczególnie jeśli odbiorca jest „na dopingu”. 
             36-letnia Amerykanka Carmen Tisch z pewnością przesadziła! Nieco wcześniej zaczęła świętować zakończenie koniec 2011 r. i będąc „pod wpływem”, po polsku mówiąc nawalona jak bombowiec, postanowiła odwiedzić Clyfford Still Museum w Denver. 







             Oglądała obrazy słynnego Clyfforda Stilla, ale jeden z nich „1957-J-No. 2” wyraźnie się jej nie spodobał.
              Długo nie myśląc, swoje zdanie wyraziła dosadnie i jednoznacznie, opuściła spodnie i obsikała warty 30 mln dolców obraz. Została zatrzymana przez policję, a winę zwaliła na sole do kąpieli, po których musiała „dużo pić”. Straty wyceniono na 10 tysięcy dolarów. 

 
            W sądzie szlochała i przepraszała za swoje zachowanie. Zgodziła się też poddać leczeniu z alkoholizmu. Pewnie odniosło to jakiś skutek, gdyż skazało ją tylko na dwa lata w zawieszeniu.




 




niedziela, 23 lutego 2014

Obciągała czy nie obciągała?

            Cztery lata trwał proces sądowy, który Weronika Rosati wytoczyła reżyserowi Andrzejowi Żuławskiemu, który w swojej książce „Nocnik” pisze o niejakiej Esterce. Aktorka uważa, że jej były kochanek sportretował właśnie ją. Obraziła się na maksa, a trzeba przyznać, że pisarz poszedł po bandzie. Pisał, że Esterka „obciąga hollywoodzkie chuje i rozpoznaje je po smakach".
             Sąd orzekł, że dobra osobiste Weroniki Rosati zostały naruszone. Andrzej Żuławski i wydawca jego książki mają przeprosić aktorkę i zapłacić 100 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Wyrok nie jest prawomocny, w powietrzu wisi odwołanie, ale jest!
             Orzeczenie jest kuriozalne! Nie dość, że aż cztery lata trwał proces, to jeszcze sąd przyjął postawę tłumaczenia „co poeta miał na myśli”. Otwiera się tym samym droga do lawiny pozwów ludzi, którzy zidentyfikują się w postaciach bohaterów literackich. Pozostanie tylko sprawa „udowodnienia”, że „to właśnie ja”.
             Trudno powiedzieć, jakimi to sposobami sad doszedł do wniosku, że Esterka to Weronika Rosati, jakie argumenty miała aktorka i jakie były podstawy jej oburzenia. Może przedstawiła świadków, że nie obciągała? Może ma wadę kubków smakowych i smaków nie rozróżnia? Może to nie były hollywoodzkie chuje? Może nie było ich aż tak dużo?
             Cztery lata zastanawiania! Nic dziwnego, że sądy są przeciążone pracą, jak tak „dogłębnie” zajmują się takimi duperelami. Aktorce się nie dziwię, 100 tysięcy to niezła kasa!
             Hmmmm... Uderz w stół, a nożyce się odezwą! Jednak jak by nie patrzeć, obciągała czy nie obciągała, hollywoodzkie czy nie hollywoodzkie, Andrzej Żuławski do dżentelmenów nie należy.

sobota, 15 lutego 2014

To się nazywa konsekwencja! Protest przed Białym Domem

             Ponad 32 lata rwa protest 77-letniej Concepcion „Connie” Picciotto skierowany przeciw atomowym zbrojeniom i wszelkim wojnom. Naprzeciw Białego Domu rozbiła biały namiot i mieszka w nim od 1981 r. 

              W razie konieczności, gdy kobieta opuszczała „swój dom”, zastępował ją ktoś z grupy zaprzyjaźnionych aktywistów. We wrześniu ubiegłego roku policja namiot usunęła, wykorzystując moment, gdy nikt go nie pilnował. Miejsce „warty” opuścił wtedy weteran wojenny cierpiący na zespół stresu pourazowego. Po kilku godzinach namiot jednak wrócił na swoje miejsce. Było to wynikiem z jednej strony zdecydowanych działań Concepcion Picciotto i apeli do biura deputowanej do Izby Reprezentantów, Eleanor Holmes Norton, z drugiej nacisku opinii publicznej. Eleanor Holmes Norton zna „Connie” od 1993 r., sama wielokrotnie zgłaszała w Kongresie projekt ustawy o rozbrojeniu arsenałów nuklearnych. Wystarczył jeden jej telefon i namiot wrócił na swoje stare miejsce. 
            Concepcion Picciotto nie poddaje się, mimo wielokrotnych różnorakich gróźb. Czuwa niezależnie od pogody, w upale i mrozie. .
             Najdłuższy protest pokojowy w historii USA rozpoczął się 3 czerwca 1981 r., gdy aktywista William Thomas stanął przed Białym Domem. Concepcion Picciotto dołączyła do niego dwa miesiące później, kilka lat później jako trzecia dołączyła przyszła żona Thomasa, Ellen. Po śmierci Thomasa w 2009 r. Ellen wyprowadziła się do Karoliny Północnej i „Connie” sama kontynuuje protest. Wspomaga ją grupa aktywistów Occupy Peace House (za punkt zebrań służyło im przez lata mieszkanie Thomasa, kilka przecznic o Białego Domu).
Czapki z głów, panowie i panie, dla wytrwałości i samozaparcia „Connie” ! Swoją drogą, w Polsce długo by tak przed Belwederem nie pomieszkała! Nasza dzielna policja zwinęła by ją w try miga! O dalszych konsekwencjach lepiej nawet nie mówić.




czwartek, 6 lutego 2014

Chory wymiar (nie)sprawiedliwości

              Prawie nałożyły się dwie wiadomości o niewątpliwych „sukcesach” polskiego wymiaru sprawiedliwości. Osobiście złudzeń nie mam, to raczej reguła niż wyjątek.
             Prawnie ubezwłasnowolniony, chory na schizofrenię Arkadiusz K., trafił na 5 dni do więzienia w Koszalinie za kradzież wafelka, wartego 99 gr. Finansowo był goły jak święty turecki, więc miejscowy dyrektor Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej, Krzysztof Olkowicz, wpłacił za niego kaucję 40 zł (za pozostałe dwa dni aresztu) i wypuścił na wolność. Do Ministerstwa Sprawiedliwości wpłynął donos „zaniepokojonych funkcjonariuszy", bo art. 57 kodeksu wykroczeń zabrania opłacania grzywny osobom niebędącym krewnymi skazanego. Prawdopodobnie czeka go sprawa sądowa.
            To jednak pretekst. Krzysztof Olkowicz podpadł czymś innym. W połowie zeszłego roku nagłośnił sprawę i zrobił wszystko, żeby pomóc wyjść na wolność innemu choremu skazanemu - Radkowi Agatowskiemu, który też trafił do więzienia za drobne kradzieże, a w celi przeżył piekło. Z opinii biegłego wynika, że współwięźniowie się nad nim znęcali, a nawet przypalali go papierosami. Prawdopodobnie też go molestowali seksualnie. Klawisze dostali zdrowy opierdol, posypały się też kary dyscyplinarne. No cóż, nie wybacza się ptakowi, który „kala własne gniazdo”. 
               Ciekawostką jest fakt, że Arkadiusz K. kiedyś występował w „Szansie na sukces”, śpiewając piosenkę Elvisa Presleya. W rozmowie z Krzysztofem Olkowiczem, która zdecydowała o decyzji wpłacenia kaucji, prosił o kilka godzin przepustki, gdyż... musi nakarmić papużki. Hoduje je w domu, gdzie mieszka, przygarnięty przez obcych ludzi. Jako „łapówkę” zaproponował zaśpiewanie „Love Me Tender” Króla. Gdy wychodził, już w bramie aresztu, zaśpiewał.
             A teraz zupełnie z innej beczki, jak w cyrku Monty Pythona. Kuriozalna jest decyzja prokuratury w Jeleniej Górze. Dwaj policjanci jechali samochodem mając po 2 promile alkoholu we krwi i w Cieplicach wypadli z drogi. Samochód kilka razy dachował, ale „stróże prawa” wyszli z tego cało, mimo że nie byli przypięci pasami. Świadkowie wypadku twierdzą, że jeden z nich sam wyszedł z rozbitego samochodu, drugiego wyciągnęło i zabrało pogotowie. 
               I co? I nic! Prokuratura półtora roku badała sprawę i ją umorzyła. Powód? Nie udało się ustalić, który z nich siedział za kierownicą. Żaden się nie przyznał! Co prawda, to prawda, zarządzono kosztowne ekspertyzy biologiczne, osmologiczne i techniczne - bez rezultatu! Postępowanie dyscyplinarne również umorzono i obaj dalej pracują w policji. Swoją drogą, prokurator pewnie za bardzo się nie starał znaleźć „kierowca bombowca”, a przełożeni policjantów po prostu zamietli sprawę pod dywan.
             Ucz się młody! Walniesz setę, to siadając za kółkiem bierz z sobą „trafionego” kumpla! A potem sprawa prosta jak sznurek w kieszeni! To nie ja - kolega!
             Brawo prokuratorzy, sędziowie, brawo policja!

sobota, 28 grudnia 2013

Znowu bezprecedensowy atak mediów na Kościół

Mocnym akcentem, dosłownie i w przenośni, zakończył święta 66-letni ksiądz z Łowicza, „pracujący” w diecezji warszawsko-praskiej. Kierując samochodem kia cree'd stracił panowanie nad pojazdem i potrącił przechodzącą na pasach 41-letnią kobietę, która trafiła do szpitala. Niejako przy okazji uszkodził uliczną latarnię. 
Badanie alkomatem wykazało 2 promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Policja zatrzymała duchownemu prawo jazdy. Zamiast zawieźć go na „wytrzeźwiałkę”, puściła go „luzem”.
Miał się wstawić na komendzie następnego dnia i się wstawił. Tylko, że miał „w sobie” 1,8 promila! Tym razem został zatrzymany, ale pewnie nie na długo!
            Przesłuchany ma być jak wytrzeźwieje, co może potrwać do soboty. Potem mają mu być postawione zarzuty. 
            
               Rodzi się pytanie – jak można tak bezkarnie szkalować „świętego człowieka”? Przecież on niewonny jako ta lelija, co sąd (jeśli dojdzie do postawienia zarzutów) szybciutko klepnie! Uniewinnienie nieco potrwa, gdyż sprawie trzeba przyjrzeć się dogłębnie, co zajmie wymiarowi sprawiedliwości pewnie kilka lat.





 A ustalić trzeba, że:
  1. Samochód sam jechał, ksiądz nie miał z tym nic wspólnego
  2. Pasy nocy przenieśli nieznani sprawcy na inne miejsce, ksiądz zatrzymał się tam, gdzie powinny one być
  3. W ogóle wszystkiemu winna „ideologia gender”, masoni, Żydzi i cykliści
  4. Winna była kobieta, powinna uklęknąć, pomodlić się o szczęśliwy powrót duchownego do domu i poczekać, aż dokończy slalom.
  5. Alkomat był popsuty
  6. Ksiądz był trzeźwy, pijane było powietrze i policjanci
  7. Latarnia spacerowała po jezdni

    Atakom na Kościół i jego pasterzy mówimy zdecydowane – NIE!


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Podatek od cumowania jachtów w głębi lądu




               Władze miasteczka Castellana Grotte na Sycylii (region Bari) opublikowały regulamin w sprawie gminnego podatku, między innymi od jachtów stojących w porcie. Poszli po bandzie, bo miejscowość wcale nie leży nad morzem. Do najbliższego portu (Monopoli) jest około 15 km. 

             Castellana Grotte, to spokojne miasteczko i jak się z nazwy można domyślić, słynie z grot, odwiedzanych przez setki turystów.  


              Sama miejscowość jest dość typowa, nie ma żadnych rewelacji. Podatek Tares obejmuje m.in. wywóz śmieci i inne usługi, a rozporządzenie nieopatrzenie skopiowano „na żywca” ze strony internetowej Viareggio. Dekretu nawet nie poprawiono w nazewnictwie, mówi o korzystaniu z „akwenu” i że kwota podatku od jachtów i innych jednostek morskich „zacumowanych w porcie w Viareggio zależy od ich długości". Tak a propos... Viareggio to znany kurort nadmorski w Toskanii, położony 1300 km na północ od  Castellana Grotte.
            Sprawa wywołała śmiech w całym kraju, a pikanterii temu zdarzeniu dodaje fakt, że zanim rozporządzenie weszło w życie, przeczytał je sztab doradców, kierowników gminnych departamentów, cały zarząd miejski, a rada gminna zebrała się w celu jego przeanalizowania na sześciu posiedzeniach.
            Tak do końca nie jest to totalny odlot, gdyż Castellana Grotte jest liderem międzygminnego porozumienia  turystycznego „Trulli, jaskinie, morze". Chyba po prostu chodziło o cumowanie jachtów w Monopoli. 



           Dla jasności – trulii to domki z charakterystycznymi, kamiennymi dachami w kształcie szpiczastego stożka, wznoszone niegdyś głównie przez mieszkańców włoskiego regionu Apulia.


 

sobota, 14 grudnia 2013

Czekanie na śmierć, czy na wolność

              Fachowcy oceniają, że w USA około 250 tysięcy więźniów federalnych klasyfikuje się jako „osoby starsze”. Koszt utrzymania takiego skazanego, jest około dwukrotnie większy niż średnia utrzymania młodego więźnia i oscyluje w granicach 68270 dolarów rocznie.
               Niektórzy są recydywistami, którzy spędzili więcej lat w więzieniu, niż poza nim.
               Inni siedzą za kratkami płacąc za zbrodnie popełnione w młodości. Gwałtowny wzrost liczby osób starszych więźniów w więzieniach w USA, staje się kosztownym problemem w czasie, gdy kraj stara się ograniczać wydatki. Podniosły się głosy, że być może trzeba ograniczyć bezwarunkowe wyroki, które nie przewidują przedterminowych zwolnień. 
              David Smith, ma obecnie 70 lat. Wyjdzie za sześć lat, tyle mu bowiem brakuje do 40 lat więzienia. Taki wyrok zapadł za usiłowanie zabójstwa. Jest to jego piąty pobyt w więzieniu stanowym Rhode Island. Dwa razy trafił również do więzienia federalnego. 
              Zupełnie podupadł na zdrowiu. Cierpi na przewlekłą chorobę płuc, zapalenie oskrzeli, cukrzycę i wrzody .Lista Smitha leków zawiera zbiornik tlenu, 13 różnych tabletek rozpisanych dziennie i tygodniowo, dwa inhalatory i insulinę.
             Porusza się na wózku inwalidzkim, stara się być użyteczny, czyści wszystkie telefony w ogólnodostępnej części więzienia. Jest jednym z niewielu więźniów, którzy maja do dyspozycji komórkę. To ze względu na jego stan zdrowia. 
             75-letni Nathan Brown jest najstarszym więźniem Rhode Island. Dostał 55 lat za gwałt. Twierdzi, że jest niewinny, ale z drugiej strony nie chce się poddać terapii. To by go kwalifikowało do przedterminowego zwolnienia. 
               Lubi grać w szachy, dużo czyta korzystając z więziennej biblioteki. Cierpi na zapalenie stawów, jest ślepy na jedno oko, przeszedł kilka operacji kolana, obecnie jest leczony na zapalenie ucha. 
              W tym samym wiezieniu przebywa również 61-letni John Armstrong. Jest w czwartym stadium wirusowego zapalenia wątroby typu C. Do więzienia trafił już w 1970 r., potem było różnie, raz za kratkami, raz na wolności. Dostał 25 lat za rozbój, kasę potrzebował na kokainę. Odsiedział 19 lat (1987 - 2006), zwolniono go warunkowo na 16 miesięcy, ale w 2007 r. za napad znów trafił za kratki.
              Dla niektórych wiezienie jest po prostu domem, innego nie mają. Co by nie mówić, mają tutaj wikt i opierunek, opiekę lekarską i spokój. Za wolnością wcale nie tęsknią.





wtorek, 10 grudnia 2013

My, Ślonzoki

Ostatnio Sąd Najwyższy rozpatrywał skargę kasacyjną Prokuratury Okręgowej w Opolu, która nie zgadzała się z wpisem Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej do Krajowego Rejestru Sądowego. Postanowienie o wpisie wydał w grudniu 2011 r. Sąd Rejonowy w Opolu, a utrzymał je w mocy opolski Sąd Okręgowy.
Sąd Najwyższy uchylił to postanowienie, więc Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej nie może być wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego, bo takiego narodu nie ma.
Co prawda, to prawda! Definicja „narodu” jako takiego nie istnieje, przejawia się głównie w świadomości swych członków.
W zasadzie chodzi o większą sprawę, o autonomię Śląska, o którą walczy Ruch Autonomii Śląska. „Ale to już było i…” można by śpiewać z Marylą Rodowicz.
Autonomię gwarantował Statut Organiczny z 1920 r. Ślązacy mieli własny skarb i Sejm, tylko część podatków była przekazywana do Warszawy. Sytuacja zmieniła się i 6 maja 1945 roku, kiedy Krajowa Rada Narodowa wydała dekret o zniesieniu statutu i Śląsk swoją autonomię stracił.
RAŚ powstał w 1990 roku. Dzisiaj ma około 7 tys. członków, nie tylko na Śląsku, ale też w Niemczech, czy USA. 
My nie som Niemcy, ani Poloki, my som Ślonzoki! A jak! 
               Trudno się dziwić, że Sąd Najwyższy cyknął. Gdyby co, pierwsi w kolejce po „narodowość” stanęli by Kaszubi.
A za nimi być może Poznaniacy, Mazurzy i Górale, którzy już nie raz, swoją kulturalną odrębność podkreślali.
Naród to w zasadzie wspólnota o podłożu etnicznym, gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym. Właśnie! Wspólnota! A co jeśli jakaś grupa etniczna tej wspólnoty z „mędrcami z Wiejskiej”, decydującymi o wszystkim i o wszystkich, nie czuje?
Cicho być!




niedziela, 8 grudnia 2013

Kara śmierci za korupcję

              W okresie międzywojennym urzędnik państwowy, to był ktoś! Cieszył się poważaniem i szacunkiem i to w zasadzie od najniższego szczebla. Powodem była „niezłomna etyka”, która być może wynikała z rygorystycznych, wręcz drakońskich przepisów prawa. 

               Komentarz chyba zbyteczny. Ustawę podpisali: Marszałek Trąpczyński, Prezydent Ministrów L. Skulski, Minister Sprawiedliwości Jan Hebdzyński oraz minister dzielnicy pruskiej W. Seyda (pisownia nazwisk i funkcji oryginalna).
             To rygorystyczne prawo zostało podtrzymane w ustawie 18 marca 1921 r., kiedy premierem był Wincenty Witos, a ministrem sprawiedliwości Jan Morawski.
Coś mi się zdaje, że w dzisiejszych czasach sejmowe ławy świeciły by pustakami, a
urzędników trzeba by szukać ze świecą i to na cmentarzu.
              Swoją drogą, ciekawe, czy kiedykolwiek kogoś za korupcję rozstrzelano. Źródłowych materiałów nie ma.




 

piątek, 22 listopada 2013

WyRUCHani bez mydła, czyli ruchy posuwisto-zwrotne

             „Tryptyk z życia klasy próżniaczej" taki tytuł miał billboard, który w centrum Warszawy próbowali wywiesić politycy Twojego Ruchu. Próbowali, bo banner nie zawisł, interweniowała bowiem policja. Twierdzi, że przedstawicielka wspólnoty mieszkaniowej, po zapoznaniu się z treścią reklamy, zerwała umowę z Twoim Ruchem dotyczącą wynajmowania powierzchni pod bannery. 
  „Alpiniści” krakowskiej agencji reklamowej, z którą kontrakt ma podpisany Twój Ruch, chcieli powiesić billboard przy pl. Konstytucji. Jego treść przypomina powiązaniach rodzin polityków SLD, PiS ze spółką KGHM oraz korupcję polityczną w PO. 
  Działo to się w nocy, a od rana sprawę komentowali politycy Twojego Ruchu, z Januszem Palikotem na czelne. Jego partia będzie żądała zadośćuczynienia od wspólnoty mieszkaniowej. Żąda również wyciągnięcia konsekwencji wobec funkcjonariusza, który podejmował decyzję o zablokowaniu wywieszenia reklamy.
Andrzej Rozenek, prawa ręka Palikota i rzecznik prasowy Twojego Ruchu, twierdzi, że billboard jest zupełnie „niewinny”, że tylko punktuje ogólnie znane fakty. Oskarża również policjantów, że ci po prostu przedstawicielkę wspólnoty zastraszyli „przyszłymi kłopotami”. To nawet nie są standardy białoruskie! – oburza się.
Na swoim blogu, Poletko Pana P. , Janusz Palikom pisze:
„Funkcjonariusze mieli prawo, a nawet powinni, zainteresować się co się dzieję. Jednak po ustaleniu, że jest umowa na powieszenie reklamy powinna odstąpić od jakichkolwiek dalszych czynności. Tymczasem jakiś nadgorliwy funkcjonariusz wcielił się w rolę sądu i biegłego (wydał opinię o rzekomym naruszeniu dóbr), adwokata (wystąpił w obronie opisanych na reklamie osób) i gangstera (bezprawnie zastraszył przedstawicielkę wspólnoty)”.
  Jak by nie było, dziwne to, że policja wciela się w rolę „sumienia narodu”, cenzora na zasadzie „bo nam się nie podoba”.
Niby prawda, z tymi zastrzeżeniami, ale… Cała afera kojarzy mi się z „dziadkiem z Wermachtu”, z wyciąganiem „trupów z szafy Lesiaka”. Co sugeruje? Że największe afery z udziałem polityków SLD i PiS to zatrudnianie rodziny, czyli nepotyzm, a największymi „beneficjentami” takich działań są syn Millera i żona Hofmana.
Bzdura i jeszcze raz, totalna bzdura! Nie ma zdrowia przypominać przekrętów „baronów” czy „lwicy” SLD, przetargów ustawianych za wszystkich rządów, działań „archanioła” PSL czy skoku na państwową kasę „facetów w sukienkach”. Wprawdzie to nie politycy, ale klasa próżniacza pełną gębą!
Tak mi wychodzi, że Janusz Palikot powinien podziękować policji za interwencję. Nie dopuściła do ośmieszenia Twojego Ruchu beznadziejnym bannerem, badziewiem, na które pieniądze poszły w błoto. Nie ma to jak mieć samojeba w ręce!

piątek, 15 listopada 2013

W odpowiedzi na nową politykę Facebooka

             Raz po raz facebookowych „postmanów” inspiruje do działania jakaś ciemna siła, owczy pęd zaistnienia na na zasadzie „kopiuj – wklej”. Ostatnio na fejsie krąży oświadczenie:
„W odpowiedzi na nową politykę Facebooka informuję, w dniu dzisiejszym, 12 listopada 2013, że wszystkie moje dane personalne i fotografie, filmy itd. są obiektami moich praw autorskich (zgodnie z Konwencją Berneńską). W celu komercyjnego wykorzystania wszystkich, wyżej wymienionych obiektów praw autorskich, w każdym konkretnym przypadku wymagana jest moja pisemna zgoda! FB jest teraz firmą publiczną. Dlatego też, wszystkim użytkownikom tego portalu społecznościowego, zaleca się umieszczenie na swoich stronach podobnych «powiadomień o prywatności», inaczej (jeżeli powiadomienie nie było opublikowane na stronie chociaż 1 raz), automatycznie pozwala się na dowolne wykorzystanie danych z waszej strony, waszych zdjęć i informacji, opublikowanych w wiadomościach na profilu waszej strony. Każdy, kto czyta ten tekst może skopiować go na swój profil FB. Dzięki temu będzie chroniony ustawą o prawach autorskich”.
               Niektórym „artystom” nawet daty nie chce się zmienić. Cóż to jest ta „Konwencja Berneńska”, na którą tak ochoczo się powołują? Jest to międzynarodowa umowa o ochronie dzieł literackich i artystycznych, zawarta w Bernie 9 września 1886 r.
              Jasne jest, że na Facebooku roi się od dzieł artystycznych, które trzeba chronić za wszelką cenę rękami, nogami i zębami! Wielkie korporacje przecież czają się i kombinują jak by tu ukraść zdjęcie „ja w górach”, „ja nad morzem” czy „ja na tle”. O fotkach pociech, co to siedzą na nocniku nie wspominając! Potem takie zdjęcie ląduje np. na okładce „Vogue” i kasiora przechodzi koło nosa!
              Chronić trzeba też swoje osiągnięcia literackie. No bo niechby ktoś wykorzystał wykorzystał tak wiekopomne refleksje jak: „Byliśmy wczoraj w „dziurze” i było zajebiście!”. Albo: „Co robicie wieczorem?”
Nie mogę pozostać w tyle! Honor nie pozwala! Tak więc:
             W odpowiedzi na nową politykę Facebooka informuję, że wisi mi jak kilo kitu na agrafce, powiewa jak chorągiewka na 1 Maja, czy ktoś skorzysta z tego co zamieszczam, czy nie. Powiem nawet, że jeśli się do czegoś przyda, tym lepiej. Niech mu będzie na zdrowie!
            Facebookowi „artyści” zapominają o jednym, najważniejszym. Może nawet nie, że zapominają, bo trudno o refleksję przy bezmyślnych działaniach „kopiuj – wklej”. Konwencja berneńska mówi bowiem, że „nie jest wymagana żadna rejestracja, ani umieszczanie noty o prawach autorskich czy też znaczka ©”. Generalnie obejmuje to czas życia autora i 50 lat po jego śmierci.
            I to by było na tyle!

piątek, 1 listopada 2013

Janusz Korwin-Mikke donosi, czyli gówniana sprawa

             Komisja Europejska dwa lata prowadziła badania jak oszczędnie korzystać z wody w kibelku. Chodzi o ograniczenie zużycia przy spłukiwania toalet. 
               Wysiłek umysłowy był olbrzymi, ale udało się! Ustalono wreszcie europejskie standardy. Dla pisuarów określono, że optymalna „objętość spłukania” wynosi 1 l na pisuar i 5 l na „tron”. Diabeł tkwi w szczegółach, no bo co to jest ta „objętość spłukania”?
              Eksperci KE do zadania przyłożyli się jak trzeba! W dokumencie „stoi napisane”, że „objętość spłukania” definiuje się jako „średnią arytmetyczną objętości jednego pełnego spłukania oraz trzech mniejszych spłukań". Mądre, kurcze!
             Toalety i pisuary mają mieć także odpowiednie nalepki informujące, jak i na ile są przyjazne dla środowiska. Instalacja toalet, których spłuczka ma objętość 6 l i więcej ma być zakazana.
             Ciężką pracę mają europosłowie, oj ciężką!

środa, 16 października 2013

Artysta, patriota czy autoreklamiarz?

            Przy alei Zwycięstwa w Gdańsku, obok czołgu, w nocy z soboty na niedzielę, „pojawiła się” rzeźba z betonu, autorstwa Jerzego Bohdana Szumczyka i zaczęło się! 
             Przedstawiała bowiem niemal naturalnej wielkości postać radzieckiego żołnierza, który gwałci kobietę w ciąży. „Bojec” w jednej ręce trzyma pistolet wycelowany w głowę kobiety, a drugą dłonią przytrzymuje ją za włosy.
              Instalacja stała tylko do niedzieli rana i została wywieziona przez służby miejskie.
              Sprawę bada gdańska prokuratura, która ma podjąć decyzję, czy wszcząć śledztwo pod kątem ewentualnego naruszenia art. 256 Kodeksu karnego (nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych).
             I tu zaczynają się schody! Moim (skromnym) zdaniem jest to pomieszanie z poplątaniem. Jeśli już studenta gdańskiej ASP karać, to nie za „wymowę” rzeźby, ale za ustawienie jej bez odpowiedniego pozwolenia w przestrzeni miejskiej. I nie ma to znaczenia, czy jest to rzeźba, sterta kartonów po „Delmie”, czy puszki po farbie. Artysta sam się zresztą „podstawił” policji, nie było tajemnicą kto jest autorem instalacji.
             Jeśli ktoś działa a ramach szeroko pojętego, często prowokacyjnego street artu, nie obchodzą go pozwolenia, to prawda. Z drugiej strony, swojego działania nie reklamuje, nie firmuje nazwiskiem. A jeśli firmuje – jakieś procedury muszą być zachowane. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś stawiał po parkach co chce.
            Paradoksem jest fakt, że rzeźba jest pracą dyplomową Jerzego Bohdana Szumczyka. Wygląda na to, że promotor zastrzeżeń nie miał, ale jak ćwierkają wróbelki, wątpliwości miała pani rektor.
            Co do samej rzeźby... Wydaje mi się, że mimo wszystko sztuka (twórca) musi uwzględniać podstawowe archetypy przekazu: cel-metoda-środki. Tego w tej instalacji nie widzę. - Chodziło mi o tragedię tych kobiet, o to całe cierpienie - powiedział rzeźbiarz.
             Jakoś to do mnie nie przemawia, można to było przedstawić we inny sposób. W końcu te 600 tys. radzieckich żołnierzy, którzy zginęli na ziemiach polskich, nie tylko „rabowali, palili i gwałcili”. Sądzę, że prowokacja (to bez wątpienia był jeden z celów) nie może być li tylko prowokacją. Sztuki w tym nie widzę, może ślepy jestem, albo za głupi na taki „głęboki” przekaz.
            Jak można się było spodziewać ambasador Rosji w Polsce, Aleksander Aleksiejew wyraził swoje oburzenie. Jego zdaniem ma charakter bluźnierczy i obraża uczucia Rosjan.
             Kuriozalnie brzmią wypowiedzi Jerzego Bohdana Szumczyka.
- Zabrakło mi trochę sił i środków – żali się. - Rzeźbę chciałem ustawić 17 września, w rocznicę napaści Rosji na Polskę w 1939 roku. Miała stanąć w Berlinie, pod Bramą Brandenburską. Wszystko było gotowe, ale okazało się, że za dużo kosztowałby mnie transport.
             No szkoda, wielka szkoda! Trzeba było ogłosić narodową ściepę, byłaby sława na cały świat!
Dalej też jest fajnie i skromnie.
- Dotąd tego nie ujawniałem, ale powiedziałem na policji, że to ja zamalowałem napis ,,imienia Lenina", umieszczony nad Bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej.
             Najgorsze co może teraz zrobić prokuratura, to jakimś wyrokiem usankcjonować „twórczość” studenta piątego roku gdańskiej ASP. Będzie to nobilitacja na „represjonowanego artystę”.


czwartek, 10 października 2013

Chleba naszego powszedniego

W USA Doug Rauch, były szef amerykańskiej sieci supermarketów Trader Joe's, wpadł na pomysł sklepów z tanią żywnością. Tanią, bo na granicy przeterminowania. Ma to być jednym ze sposób walki z marnotrawieniem jedzenia, a z drugiej pomoc dla biednych. W ofercie znajdą się zarówno owoce i warzywa z bliskim terminem ważności, jak i świeże posiłki przygotowane z żywności, której kończy się termin przydatności do spożycia. Konsumować będzie można na miejscu, gdyż ma to być połączenie supermarketu i restauracji. Problem jest nie byle jaki, gdyż W Stanach Zjednoczonych marnuje się 40 proc. rocznej produkcji żywności.
- Naszym celem jest zapewnienie ludziom zdrowej żywności w cenie posiłków oferowanych w fast foodach – tłumaczył pomysłodawca. No, może u nich takie porównanie ma sens, ale w Polsce fast foody wcale tanie nie są. Często najtańszym źródłem pożywienia są po prostu kontenery. 
Każdego roku na świecie wyrzuca się 1,3 mld ton (!) żywności, czyli ok. 1/3 produkcji. W Unii Europejskiej marnuje się 90 mln ton jedzenia rocznie, a w Polsce 9 mln ton. Do wyrzucania żywności przyznaje się 30 proc., a 70 proc. osób z tej grupy dodaje, że w ciągu ostatniego miesiąca co najmniej raz wyrzuciło na śmieci nadającą się jeszcze do spożycia żywność. Federacja Polskich Banków Żywności wśród przyczyn marnowania jedzenia wskazuje m.in. przegapienie terminu przydatności do spożycia, niewłaściwe przechowywanie i zbyt duże zakupy.
  Ze statystyk wynika, że Polacy wyrzucają 2 mln ton jedzenia rocznie, z tego wychodzi ok. 50 kg na jedną osobę. Wierzyć się nie chce, ale nie są to pojedyncze plasterki, ale wręcz całe bloki serów, wędlin, szynek. Są też kiełbasy, ryby i przede wszystkim bardzo dużo chleba.
Wydawało by się, że można przynajmniej ograniczyć wyrzucanie żywności przez supermarkety. Nic bardziej błędnego! 
 Żywność w supermarketach marnuje się na skutek obowiązującej ustawy o podatku od towarów i usług. Ustawa nakłada podatek od darowizn na dystrybutorów, w związku z czym sprzedawcom bardziej opłaca się zutylizować żywność, niż przekazać ją potrzebującym, bo by musiał odprowadzić podatek. Po sobie mnożyć kłopoty? W efekcie rocznie w handlu i dystrybucji marnuje się do 300 tysięcy ton jedzenia.
            Większość supermarketów ma stoiska, a w zasadzie półki z żywnością, gdzie można „nabyć drogą kupna” żywność przecenioną ze względu na upływający wkrótce termin przydatności do spożycia. Głównie jest nabiał (sery, jogurty, smarowanie), gotowe desery, paczkowane wędliny, filety z łososia, sałatki z jakimś śladowym rarytasem itp. Najczęściej po przecenie towar i tak nie jest zbyt atrakcyjny cenowo, więc dalej leży… A potem utylizacja! 
  Co się dzieje z owocami i warzywami, lepiej nie myśleć! Niektóre markety próbowały wystawiać skrzynki gdzieś „na polu”, by potrzebujący ewentualnie coś sobie wzięli za friko. Nic z tego! Sprawę kilkakrotnie wyczaił jakiś „kapitan Żbik” ze Sanepidu, posypały się kary i takie niecne procedery ukrócono.
 
 


wtorek, 8 października 2013

Seksualny jihad, czyli bojcom trzeba zrobić dobrze

             Młode Tunezyjki wyjeżdżają do Syrii i tam umilają chwile islamskim bojownikom walczącym z reżimem. Ich liczba podawana jest bardzo różnie, niektóre źródła mówią o kilkuset młodych dziewczętach. Odbywają stosunki dwudziestoma, trzydziestoma, a nawet stu rebeliantami. Do domu wracają „z brzuchami”. Kilkanaście z nich zostało oszukanych i po prostu wykorzystano je seksualnie w domach publicznych. 
                Wyjazdy kobiet są organizowane grupowo i odbywają się w ramach „seksualnej świętej wojny”. Władze Tunezji oficjalnie nie popierają „seksualnego jihadu”, który określany jest nawet mianem prostytucji.
               Kilka miesięcy temu radykalni duchowni islamscy wydali fatwę, czyli muzułmański nakaz religijny, wzywającą młode kobiety do wyjazdów do Syrii w celu dostarczania seksualnych satysfakcji bojownikom walczącym z reżimem prezydenta Baszara el-Asada. Fatwę miał wydać saudyjski duchowny szejk Mohammed al-Arifi należący do skrajnie fundamentalistycznej frakcji islamu - salafitów. Jednym słowem – kobiety dostały dyspensę na stosunki przedmałżeńskie. Przed wyjazdem muszą być dziewicami, by zachować „rytualną czystość”.
             Doniesienia te były dementowane, a tunezyjski minister ds. religijnych oświadczył, że kobiety w jego kraju nie są zobowiązane do podporządkowywania się podobnym wezwaniom.
              Nie jest to pierwszy przypadek organizowania usług seksualnych dla walczących żołnierzy. Miało to miejsce m.in. w Korei w czasie II wojny światowej. Kobiety zmuszano do seksu z japońskimi żołnierzami.



czwartek, 26 września 2013

W tym szaleństwie jest metoda! Cynizm czy realizm?

            Janusz Korwin-Mikke, stojący na czele Nowej Prawicy, jest politykiem najdłużej popierającym zniesienie absurdalnych przepisów antynarkotykowych w Polsce. Jego stanowisko w tej sprawie jest niezmienne od ponad dwudziestu lat, a dotyczy głównie „marychy”. Przez ten czas dał się poznać, jako bezkompromisowy obrońca wolności osobistej i gospodarczej, tak bardzo w praktyce kwestionowanych i łamanych.
            W zasadzie, by niczego nie przekłamać, warto zacytować słowa Janusza Korwin-Mikke.
  „Powiedzmy, że jutro Władzuchna w łaskawości swej postanowi, że codziennie każdemu będzie dawać za darmo wiązkę trawki. Wolne Konopie byłyby zachwycone. My – wściekli.
I to aż z trzech powodów:
1) Bo nadal istnieje (i umocnił swoją pozycję!) KTOŚ, kto może mi POZWOLIĆ – a więc i NIE POZWOLIĆ – ma jedzenie, picie, palenie, wąchanie - tego, na co ja mam ochotę.
2) Bo KAŻDEMU – a więc i nieletnim bez zgody i wiedzy rodziców.
3) Bo „za darmo” - czyli z kieszeni podatników (także i tych, którzy palenie marijuany surowo potępiają!)
Chyba różnica – zasadnicza – jest jasna?
Na Wolne Konopie możemy liczyć tylko w jednej sprawie. I na ich poparcie, oczywiście, liczymy. Po prostu: mamy wspólny interes.
Oni chcą ćmić gandzię – my: zmieniać Polskę!”
               Nic dodać nic ująć! Szczere do bólu postawienie sprawy! Nie ma tu rozmydlenia i zakulisowych „dogadywań”. Zresztą Janusz Korwin Mikke od dawna wpisuje się w hasła z 1968 r. rzucane na paryskiej Sorbonie – Zabrania się zabraniać!
              Nawet Janusz Palikot wygląda przy takim dictum bezbarwnie. Tak naprawdę podpiera się tezami o nieszkodliwości jarania, bez żadnej społeczno-politycznej wizji.

sobota, 7 września 2013

Graffiti włamywaczy

             W kilkunastu większych miastach w Anglii policja odkryła specyficzne „graffiti”. Włamywacze znaczą kredą domy, zostawiając sobie w ten sposób wiadomości. Największą uwagę zwracają na osoby starsze i samotne.
               Wiadomości, które policja nazwała Kodem Da Pinci, mówią, czy dom jest wyposażony w alarm, czy mieszkańcy są bogaci, jak się zachowują itp.
               Policja rozprowadza ulotki informacyjne, znaki używane przez włamywaczy umieszczono również na Twisterze.
              Wygląda na to, że tym razem Anglicy są „do tyłu”. Podobne metody znaczenia domów stosowano w Polsce już przed wojną.