kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 marca 2014

Bioniczny motocyklista po wypadku

            47-letni Nick Matthews mieszka w Market Harborough (Anglia) i jest zapalonym motocyklistą, członkiem miejscowego klubu. 
              Pięć lat trenował do wyścigu, który miał się odbyć w Oulton Park w Cheshire (czerwiec ubiegłego roku) i w przeddzień rywalizacji, która miała być zwieńczeniem jego kariery, uległ bardzo groźnemu wypadkowi. Przyczyną były źle wyregulowane hamulce. Jechał z prędkością 120 km/h, motocykl ważący 160 kg przydusił go i wyglądało to tragicznie. Świadkowie byli przekonani, że nie żyje. 
             Urazy były spore: złamał sobie kark, w trzech miejscach miał pęknięty kręgosłup, „mniejszych” obrażeń nie licząc. Pogotowie lotnicze w stanie krytycznym zabrało go do szpitala Wythenshawe Manchester. 
               Lekarze byli przerażeni, nie dawali mu żadnych szans. Rodzina (żona Kirsty i troje dzieci – 19, 16 i 7 lat) została uprzedzona, że prawdopodobnie umrze następnego dnia. Udało się ustabilizować jego oddech i tydzień później został przeniesiony do szpitala Salford Royal. Przeszedł tam pięciogodzinną operację kręgosłupa, który wzmocniono tytanowymi prętami i śrubami. Diagnoza była jednoznaczna – nie będzie chodził.
              Po dziesięciu dniach od wypadku (trzy dni po operacji!) Nick Matthews wstał z łóżka i zrobił samodzielnie pierwsze kroki. Żona, która przyszła odwiedzić go do szpitala zobaczyła puste łóżko i wybuchnęła płaczem, przekonana, że zmarł. 
             Po trzech tygodniach wrócił do domu. Potem Nick Matthews przeszedł dwie kolejne, poważne operacje. 

 
            Obecnie trenuje do maratonu, a jego celem jest zdobycie funduszy dla pogotowia lotniczego, które uratowało mu życie.
Ojciec Nicka Matthews, zginął w wypadku motocyklowym, kiedy ten był jeszcze dzieckiem. Jeździł maszyną Triumph Bonneville, a „bioniczny motocyklista” nie ukrywa, że jeszcze jeden, jedyny raz chciałby wsiąść na taki motocykl i „się przejechać”.
            Trudno powiedzieć, czy to brak wyobraźni, igranie z losem, czy prawdziwa pasja.

wtorek, 25 lutego 2014

Nie takie mocne, czyli sprowadzenie sióstr Williams do parteru

             W 1998 r. siostry Venus i Serena Williams, będące na topie tenisowego rankingu ATP, oświadczyły, że mogą na korcie pokonać każdego mężczyznę, spoza pierwszej dwusetki klasyfikacji. Było to tuż po wygraniu przez Venus Australian Open w miksie. 
              Czuły się mocne, mimo że był to dopiero początek światowej, oszałamiającej kariery. Venus miła wtedy 17 lat, a Serena 16 lat, ale korcie zawodowo grały już odpowiednio cztery i trzy lata. 
              Wyzwanie podjął 31-letni Niemiec Karsten Baasch, klasyfikowany na 203 miejscu w singlu, w deblu około 40 miejsca. Leworęczny tenisista bardziej znany był wówczas ze swojego ekscentryzmu, niż sukcesów na korcie. Tryb życia jaki prowadził, daleki był od „sportowego”. Lubił sobie walnąć browara, palił, nawet czasem podczas przerw między gemami. Mecze odbyły się na korcie w Melbourne Park .
            Z Venus Williams wygrał 6:2, z Sereną 6:1 (grali tylko po jednym secie). Stwierdził potem, ze dla niego była to raczej zabawa i że siostry Williams nie maja szans w rywalizacji z mężczyznami z pierwszej 500. 
           Ciekawe może też być porównanie warunków fizycznych sióstr Williamas i Karstena Baascha. Venus ma 1,85 m zrostu, Serena 1,75 cm, a niemiecki tenisista 1,80 cm.

środa, 29 stycznia 2014

Nie merca, a rower, nie wygrał, a mu ukradli

Somen Debnath jest Hindusem, pochodzi z Bengalu Zachodniego. W 2004 r. wyruszył w podróż na rowerze dookoła świata. 
  Propaguje wiedzę o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą HIV i ADIS, propaguje kulturę i historię swojego kraju na spotkaniach z młodzieżą szkolną, a także ze studentami wyższych uczelni. 
Podróż realizuje dzięki wsparciu i pomocy ludzi „na trasie”, poznanych głównie na portalach podróżniczych. 
  Odwiedził 60 krajów, przejechał prawie 90 tysięcy kilometrów i w maju 2011 r. zawitał do Warszawy. I tu – uwaga! – podczas Nocy Muzeów, rower mu podpierdolili! Policja spisała się jak trzeba, sprawdzili nagranie z monitoringu i wyhaczyli dwóch 19-letnich kolesi o ksywach „Bakuś” i „Hardcore”. Okazało się, że kradzież rowerów to ich hobby! Jednośladu Hindusa nie udało się odzyskać, poszedł już w deal. 
Somen Debnath był nieco podłamany, ale skończyło się dobrze. Nowy rower zafundowała mu firma Giant Polska. Mógł wyruszyć w dalszą podróż, którą planuje zakończyć w 2020 r.
Swoją drogą „Hardcore” kradnący rowery – dobre!





sobota, 7 grudnia 2013

Chora ambicja, czy przymiarka do skoku na kasę

             Przymiarki Krakowa do organizacji zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 r. a jednej strony śmieszą, z drugiej budzą grozę. Pomijając fakt, że infrastruktura miasta „leży i kwiczy”, że Polski po prostu nie stać na taką „zabawę”, niektórym jednak mocno może zależeć na działaniach w tym kierunku. Jak będzie, tak będzie, ale jest kasa do wyszarpania!
Zwłaszcza dla ekspertów i pracowników biura organizacyjnego.
               Prezes Ryszard Ochódzki przetarł szlak!
               Projekt budżetu Krakowa 2022 zawiera bowiem:
               3 miliony na ekspertyzy. Z kasy samorządu ma iść 1,875 mln. 15 ekspertów ma wykasować po 200 tys. Warto się starać, by się złapać na ekspertyzę!
               Przewidziano 15 etatów za ponad 1 mln złotych. Przeciętna pensja ma wynieść 6 tys. złotych i ma być wypłacana minimum przez dwa lata. Gdy Kraków się załapie na organizację, ten okres może się przedłużyć do 10 lat. Kasa pewnie wzrośnie!
              Na różne, różniste, delegacje , wyjazdy promujące i „agitkę” przewidziano 6 milionów złotych, a na ich pensje 2 mln złotych. Ma być 80 wyjazdów, po 10 osób, czyli po 2,5 tys. zł „na łebka”.
             No i jeszcze - bagatela! - 31 tysięcy za logo miasta-kandydata. Znając polską „siłę organizacyjną” i logistykę, sumy te spokojnie można pomnożyć przez dwa. Przecież warunki będą niesprzyjające, śnieg, mróz i ślizgawica. Ale nic to! Na produkcję śniegu przeznacza się 56 mln zł!
  Organizacja Igrzysk ma kosztować Polskę blisko 22 mld zł, ponad 153 mln tys. zł. Kraków musi „zainwestować” do 2015 r., zanim jeszcze MKOl podejmie decyzję, kto, co i jak w 2022 r.
Decyzja czy Kraków zostanie organizatorem igrzysk, zapadnie w lipcu 2015 r. Jeśli MKOl kiwnie na „tak", rozpocznie się realizacja drugiej części budżetowego projektu. I wtedy zaczną się schody! Tylko na budowę i przystosowanie obiektów sportowych na terenie miasta trzeba będzie wydać najmniej 479 mln 350 tys. zł. Dodatkowo 62 mln zł to krakowski wkład w budowę wioski olimpijskiej, której cały koszt zamyka się kwotą 315 milionów złotych. .
Samo przygotowanie techniczne stadionu Wisły - gdzie ma się odbyć…. hmmm… hmm.. wielkie otwarcie igrzysk – kosztować będzie 15 milionów. Budowa wioski olimpijskiej w Krakowie pochłonie 246 mln zł. Potem będzie można ją rozprzedać i będzie następna kasa do zgarnięcia dla „obrotnych” i kumatych.
Przypomnieć chyba wypada kandydowanie Zakopanego w 2006 r. Skończyło się, co tu owijać w bawełnę, śmiechem i wstydem.


poniedziałek, 25 listopada 2013

Śmierć na boisku, czyli Pon Buczek sprzyjał gospodarzom

             Niecodzienne i w zasadzie do dzisiaj nie wyjaśnione zdarzenie, miało miejsce w 1998 r. w czasie meczu piłkarskiego w Demokratycznej Republice Konga. W Kinszasie zmierzył się drużyny Basanga (gospodarze) i Bena Tshadi (goście). Wynik był 1:1, gdy nagle, podobno z jasnego nieba, w boisko uderzył piorun. Zginęła cala drużyna gości, gospodarze – o dziwo! - wyszli bez szwanku. 30 innych osób zostało poparzonych i trafiły do szpitala.
             Zaraz pojawiły się oskarżenia o czary, co w tych regionach Afryki nie jest czymś niezwykłym.
Hmmm... Sprawa nigdy nie została dokładnie zbadana, gdyż był to czas wojny domowej, toczącej się na wschodzie Konga.
            Nikt nie wpadł na pomysł obejrzenia butów piłkarzy. Być może goście mieli, po prostu, metalowe korki, a wiadomo, metal przewodzi prąd...
           Co ciekawe, bardzo podobny przypadek miał miejsce kilka dni wcześniej w Johannesburgu (RPA). Mecz piłkarski toczyły drużyny Jomo Cosmos i Moroko Swallows, wynik był 2:0 dla Jomo, do końca brakowało 12 minut, gdy w boisko walnął piorun. 
 
               Tym razem było po równo, połowa jednej i drugie drużyny padła na murawę wijąc się z bólu, pozostali byli wyraźnie oszołomieni, rękami osłaniali oczy i uszy. Sędzia jakby się „zaciął”, gwizdał bez przerwy.
Obyło się bez ofiar śmiertelnych, ale i tak kilka osób trafiło do szpitala (arytmia serca), w tym dwóch graczy „Jaskółek”.
               Po dokładniejszych badaniach okazało się, że nie było tak źle. Pojawiły się oskarżenia, że większość graczy gości symulowała porażenie, by przerwać mecz. Byli przecież „do tyłu”.

środa, 20 listopada 2013

Lord Vader biega w Dolinie Śmierci

            Zarówno sporty ekstremalne, jak i niecodzienne warunki do ich uprawiania, kręcą pasjonatów nie od dzisiaj. Jednym z takich wyzwań jest bieganie w upale (heat running) i to nie byle jakim! Cztery lata temu Jonathan Rice postanowił podnieść poprzeczkę. Wyruszył na milową trasę (ok. 1610 m) w kalifornijskiej Dolinie Śmierci (część pustyni Mojave) w kostiumie Lorda Vadera!


   
         Teraz corocznie organizuje osobiste zawody, czyli bieg Darth Valley Challenge. Towarzyszą mu kibice w strojach bohaterów Star Wars, od od R2D2 po księżniczkę Leię. Czasem biegną razem z nim, ale najczęściej tylko krótkie odcinki trasy.

            Rice startuje w czerwcu, kiedy wokół wszystko prawie się „gotuje”. Lekko nie jest, bo temperatura dochodzi do pięćdziesięciu kilku stopni Celsjusza! Jego rekord to 06:13, w tym roku osiągnął czas 06:36. Przez całą trasę asekurował go samochód, a kierowca przebrany był za futrzanego Chewbacca.



sobota, 26 października 2013

Śmierć w oczach, wyścig dla ryzykantów

             International Isle of Man TT (Tourist Trophy) Race to wyścigi motocyklowe rozgrywane niemal nieprzerwanie od 1907 roku na Wyspie Man, lezącej między Wielką Brytanią a Irlandią. Od lat uważane są za jedne z najbardziej prestiżowych zawodów na świecie. 
              Wydarzenie to w latach 1949–1976 było częścią FIM Motocyklowych Mistrzostw Świata. Potem w związku z kontrowersjami związanymi z bezpieczeństwem, impreza wypadła z kalendarza Mistrzostw w 1977 r. Aby zachować status wyścigów międzynarodowych w latach 1977–1990 The Isle of Man TT Races została utworzona nowa formuła wyścigów: Formuła TT. 
              Od 1989 r. wyścigi są rozgrywane pod egidą Departamentu Turystyki Wyspy Man jako Isle of Man TT Festival.
               Wyścigi odbywają się na przełomie maja i czerwca, a osiągana prędkość to nawet 300 km/h. Trasa prowadzi górski i drogami, a każdy błąd to praktycznie śmierć. Żniwo jest okrutne i przerażające. Zginęło już 240 zawodników i 14 widzów.
              Organizatorzy wyścigów w tzw. szaloną niedzielę ( Mad Sunday) umożliwiają wszystkim chętnym jazdę na górskim odcinku między Ramsey i Douglas.
              Wypadki się zdarzały, ale ofiar śmiertelnych nie odnotowano.
 

niedziela, 1 września 2013

Odciął sobie rękę scyzorykiem

             Na pytanie dlaczego się wspina na góry, ryzykując życiem, pewien alpinista odpowiedział – bo są. Jest to wyzwanie dla twardzieli, czasem jednak źle oceniają warunki lub przeceniają swoje możliwości. Jedno jest pewne – nie potrafią żyć bez potężniej porcji adrenaliny! 
 
            Amerykanin Aron Lee Ralston (ur. 27 października 1975 r. w Indianapolis) jest pasjonatem gór. Wspina się „od zawsze”, a sławę zyskał w 2003 r., gdy przeprowadził scyzorykiem auto amputację prawego przedramienia. 












            Podczas wyprawy do Little Blue John Canyon (koło Moab w stanie Utah) uległ wypadkowi – potężny głaz przygniótł mu rękę do skalnej ściany. Na pomoc nie miał co liczyć, był zdany tylko na siebie. Pięć dni spędził pijąc resztki wody, a gdy ta się skończyła, swój mocz.                          Spodziewał się śmierci, na ścianie kanionu wyrył przypuszczalną datę zgonu, kamerą nagrał również pożegnalne słowa skierowane do rodziców.
             Po tych pięciu dniach zupełnie odwodniony Aron Lee Ralston prawie zrezygnował. Na nic się zdały próby podniesienia głazu czy jego rozkruszenia. Postanowił odciąć i tak martwą już rękę. Używając tępego ostrza w swoim narzędziu wielofunkcyjnym przeciął tkanki miękkie wokół złamania. Potem użył wbudowanych w scyzoryk kombinerek, aby przerwać ścięgna. I … udało się, chociaż ból był potężny. Musiał jeszcze zjechać na linie z 20 metrowej stromej ściany i wydostać się z kanionu, by dotrzeć do swojego samochodu, ok. 13 km dalej.
            Na szczęście po drodze do spotkał trzyosobową holenderską rodzinę, która dała mu wodę i jedzenie oraz powiadomiła pogotowie ratunkowe. Ralston został ostatecznie ewakuowany przez helikopter. Jego ręka została wydobyta przez obsługę parku i skremowana. Później Ralston wrócił w miejsce wypadku i pozostawił tam jej prochy.
            Ironią losu jest fakt, że w tym samym miejscu w 2011 r. wypadkowi uległ Amos Richard. Wspinał się zainspirowany filmem „127 godzin”, obrazującym historię Ralstona. Historia lubi się powtarzać!
 

             Aron Lee Ralston wciąż się wspina, a pomaga mu w tym specjalna „alpinistyczna” proteza. Marzy o zdobyciu Mout Everestu. W 2005 r. został pierwszą osobą, która wspięła się samotnie w zimie na wszystkie góry w Kolorado o wysokości przekraczającej 4267 metrów, a jest ich - bagatela! - 58. Projekt ten rozpoczął w 1998 roku, ale musiał go wstrzymać przez wypadek w Kanionie Blue John. W 2008 r. zdobył Ojos de Salado w Chile, a następnie stanął na Monte Pissis w Argentynie. 


 
           Aron Lee Ralston opisał swoje doświadczenie w książce „Between a Rock and a Hard Place". Wydana była w 2004 r. i od razu przetłumaczona na kilkanaście języków.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Krecie! Ty pedofilu jeden!

             Pedofilia najczęściej (i słusznie!) kojarzy się z dewiacją seksualną skierowaną na dzieci w okresie okresie przedpokwitaniowym lub wczesnej fazie pokwitania. Może być przejawem choroby, infantylności, uwiądu starczego, perwersji czy pseudoperwersji. Jak donoszą statystyki policyjne oraz badania psychologiczne ok. 99% przypadków czynnej pedofilii dotyczy mężczyzn, a ok. 1% przypadków dotyczy kobiet, choć te proporcje mogą być mylące.
 
             Termin ten wprowadził w 1886 r. austriacko-niemiecki psychiatra Richard von Krafft-Ebing. W języku greckim „pedon” to ziemia.
             Ale, ale! Pedofil to również gatunek zwierząt żyjący (rozwijający się) w glebie. Termin stosowany jest w ekologii. 













 
             Do pedofili zaliczyć można wiele larw owadów (np. larw z rodziny Tabanidae), wiele innych bezkręgowców, które cały cykl życiowy spędzają w glebie (np. dżdżownica) lub kręgowców (kret, ślepiec).







              Hmmm... Wynika z tego, że wędkarze łowią ryby „na pedofila”. Dobre sobie!


sobota, 24 sierpnia 2013

Potomkowie Robin Hooda

           Prawdziwego pecha miał mieszkaniec Moskwy, Konstanty Miakusz. Spacerował w parku z córkami i „zarobił” 60-centymetrową strzałę z łuku prosto w szyję.
               Nie stracił przytomności (ani umysłu, ani tej „fizycznej”) i natychmiast zadzwonił do żony po pomoc. Na szczęście mógł coś tam wydukać. Żona zadzwoniła po pogotowie i jakoś dobrze się to skończyło, ale pobyt w szpitalu może trwać nawet kilak tygodni. Strzała nie uszkodziła żadnych arterii, ani ważnych organów wewnętrznych.
             Świadkowie twierdzą, że „pocisk” przeleciał z pobliskiego klubu łuczniczego, którego członkowie trenowali na powietrzu.

sobota, 17 sierpnia 2013

„Siłka” w lesie bogaczy

             Rublowka (ros. Рублёвка) to potoczna nazwa zachodniego przedmieścia Moskwy. Dawniej była miejscem wypoczynku Józefa Stalina, Leonida Breżniewa, Borysa Jelcyna oraz innych przywódców sowieckich. Zmarli tam Włodzimierz Lenin i Józef Stalin. Obecnie jest to skupisko rezydencji milionerów i jedno z najbardziej prestiżowych miejsc w Rosji. 
              W pobliżu są lasy, a w nich takie „cuś”! Nazywa się toto „Buratino” (Pinokio) i jak widać, w tym „kompleksie sportowo-rekreacyjnym” można potrenować „na masę”. 
                Podobno Rosja to nie kraj, a stan umysłu

            Coś w tym jest, ale tamtejsi ludzie są dumni ze swojej odrębności umysłowej. W dobrym samopoczuciu na pewno pomaga im „utrwalacz” różowego widzenia świata.



 
 

czwartek, 8 sierpnia 2013

„Lewy” gwiazdor

              Robert Lewandowski w głosowaniu UEFA został wybrany czwartym, nalepszym piłkarzem Europy. W tym głosowaniu zwycięstwo przyznają dziennikarze - po jednym z każdej federacji piłkarskiej - którzy oddają głos na pięciu, ich zdaniem najlepszych, piłkarzy.
             Do finałowej tury przeszła trójka: Lionel Messi, Franck Ribery i Cristiano Ronaldo. Zwycięzcę poznamy 29. sierpnia podczas losowania fazy grupowej Ligi Mistrzów.
W ubiegłym roku najlepszym piłkarzem UEFA wybrano Hiszpana Andresa Iniestę.
Po znakomitej rundzie wiosennej ostatniego sezonu Roberta Lewandowskiego (4 gole w meczu z Realem Madryt, seria 12 spotkań ze zdobytym golem w Bundeslidze) fachowcy uznali, że wartość Polaka wzrosła z 28 do 39 mln euro. To największy wzrost w całej lidze niemieckiej!
            „Lewy" w czerwcu 2011 roku był wyceniany na 7 mln euro, a rok później na 20 mln euro. W Niemczech na czoło klasyfikacji wysunęli się Mario Goetze (+3 mln) i Thomas Mueller (+8 mln) - po 45 mln euro! Przed Lewandowskim plasują się jeszcze Franck Ribery i Bastian Schweinsteiger, natomiast poza "10" wypadł Mario Gomez (-12 mln od stycznia).
             Robert Lewandowski chce od Borussii Dortmund nowej umowy, na mocy której zarabiałby rocznie aż 7.5 mln euro. Dotychczas jego kontrakt (obowiązuje do 2014 r.) opiewa na 1,8 mln euro. I tu zaczynają się schody!
              Ponoć kilka tygodni temu dyrektorzy Borussii Hans-Joachim Watzke i Michael Zorc obiecali Lewandowskiemu podwyżkę do 4,5 mln euro, a mówiło się nawet o 9 mln (z bonusami). Piłkarz żali się na lamach mediów, że klub nie bardzo pali się do spełnienia obietnic. „Lewy" chciał odejść do Bayernu Monachium już tego lata, ale szefowie BVB postawili veto. Podobno wcześniej dali mu słowo, że pozwolą na transfer, ale teraz twierdzą, że takich obietnic nie składali.
              Swoją drogą, Lewandowski jest obecnie jednym z gorzej zarabiających piłkarzy podstawowego składu Borussii. Większe pensje (według raportu „Bilda")mają choćby Błaszczykowski i Piszczek.
              Robert Lewandowski chyba trochę się pogubił, co wypominają mu szefowie BVB i kibice. Bądź co bądź, to Borussia jest jego pracodawcą, a takie sranie we własne gniazdo, jest nie bardzo fair. Z drugiej strony „Lewy” znów aż taką gwiazdą nie jest. Pracuje na niego cała drużyna, ale trzeba przyznać, że nogę kiedy trzeba umie przyłożyć. Jednak „kiwki” nie ma, sam sytuacji nie wypracuje. Stad też pewnie jego dość mierne występy w reprezentacji Polski.
             Niektórzy fachowcy wręcz twierdzą, że w Bayernie mógłby się znaleźć na ławce rezerwowych. Zablokowanie transferu (mówiło się o klubach angielskich, nawet Barcelonie i Realu – ale to chyba bajki!) przez BVB świadczy tylko o jednym - jednak w niego wierzą. Teraz pozostaje mu tylko gryźć trawę, by ten sezon był tak udany jak poprzedni. Czwarte miejsce w klasyfikacji UEFA odnosi się do poprzedniego sezonu. Chyba ten rok dla Lewandowskiego będzie przełomowy. Albo jego wartość wzrośnie, albo poleci na łeb na szyję.
            Sodówki musi jednak upuścić! Jak by nie patrzeć, Messim nie jest.

czwartek, 6 czerwca 2013

Seks pośrednik czy „brat łata”? Fibaka ciąg dalszy...

             Ujawniona przez tygodnik „Wprost” sensacja, że Wojciech Fibak handluje młodymi dziewczynami, parując je z bogatymi „panami” - jest tak naprawdę tajemnicą poliszynela.
Kilka lat temu zlazł się nawet w kręgu zainteresowania francuskiej policji, nota bene razem z Robertem de Niro.
             Nie chce mi się wierzyć, by ci koneserzy kobiecych wdzięków jakoś się mu nie rewanżowali! A to nazywa się po prostu – sutenerstwo! Tylko tak naprawdę dowodów na to brak, gdyż pojęcie sutenerstwa wiąże się z czerpaniem zysków z nierządu, czyli mówiąc po imieniu - „dopuszczania kobiet”. Swoją drogą, jakoś nie słychać protestu tych kobiet. Jeśli już, wiedziały w co się pakują, nikt ich siłą do niczego nie zmuszał.
            W nagraniu przytoczonym przez „Wprost” Fibak chwali się wręcz 30-stoma przypadkami pośrednictwa w zawieraniu takich specyficznych znajomości. Ponoć dzięki jego działaniom wyswatał Kate Rozz, czyli Katarzynę Gwidałę, znaną z tego, ze jest znana. Przede wszystkim jako była już żona Piotra Adamczyka. Małżeństwo wytrzymało rok, długo też nie trwał jej „francuski związek” z Jean Manuelem Rozanem, bogatym finansistą i wpływowym. Gwizdała wyszła za niego mając niespełna 20 lat.
            Dziwi mnie jedno - jak mógł tak się dać wpuścić w maliny? Prowokacja dziennikarska „Wprost” była szyta tak grubymi nićmi, że śmierdziało na odległość. Beztroska? Zbytnia pewność siebie? Poczucie bezkarności? A może wszystko razem?
               Kwestia dlaczego to robił, po co, to inna bajka. By zaimponować celebrytom? Zaistnieć w świecie bogatej finansjery? W ten sposób bratać się z nimi? Dla kasy? Mało mu było? Niektórzy znający go ponoć dobrze, mówili o chorobliwej wręcz ambicji Fibaka i przeroście ego.
              Ciekawi mnie tylko jedno – czy sprawa będzie miała dalszy ciąg? Są podstawy do zarzutów prokuratorskich, czy nie? Raczej nie, gdyż nie było mowy o żadnych korzyściach finansowych dla „pośrednika”. A jeśli tak, zamiecie się się to pod dywan, czy też będzie coś tam w zawiasach...
              Sam Fibak zareagował bardzo nerwowo. Telefon do redakcji „Wprost” z prośbą o wstrzymanie publikacji, tylko pogorszył sprawę. A straszenie sądem jest czystą naiwnością. I jeszcze jedno... Od dawien dawna wiadomo, że w takich przypadkach najlepsze jest milczenie. Zero komentarzy, po prostu gęba na kłódkę! A Fibak zachował się jak pierwszy naiwny! Za co płaci swoim prawnikom? Nie ma fachowców PR-u? A może uważa, że jest alfą i omegą, nie słucha rad, co powoduje takie miotanie się i karmienie tabloidów.
              To zresztą osobny temat. Wielu publicystów dystansuje się od metod zastosowanych przez „Wprost”, nazywając je „dziennikarstwem śmieciowym”. Na razie jedynym skutkiem publikacji jest rezygnacja z pracy w tygodniku Marcina Króla i Tomasza Jastruna. W ciągu ostatnich miesięcy z „Wprost" odeszli także Krzysztof Skiba i Szymon Hołownia. Sylwester Latkowski, redaktor naczelny tygodnika, powoli traci ekipę.
             Zareagowała też redakcja sportowa TVP, zrywając z tenisistą współpracę.               
             Jak by jednak nie patrzeć, ubabrał się Wojciech Fibak, ubabrał... Trudno będzie to zmyć. Nagrabił sobie do końca życia.

piątek, 15 lutego 2013

Kasa i tylko kasa interesuje Adamka

„Góral” Tomasz Adamek, najwyżej notowany polski bokser wagi ciężkiej, po wymęczonym zwycięstwie nad Steve’em Cunninghamem jest numerem 2 w rankingu federacji IBF i powinien walczyć z niepokonanym Bułgarem Kubratem Pulevem o prawo zmierzenia się z mistrzem świata, Władimirem Kliczką. Powinien, ale nie będzie.
„Góralowi” inne sprawy zaprzątają głowę - czeka na konsekwencje niedawnego wypadku „pod wpływem”, a i kasa się liczy. 
- Za Pulewem przemawia tylko jego miejsce w jednym rankingu - nie ma za nim setek tysięcy kibiców, nie ma zaplecza finansowego czy promocyjnego. Jest za to ochota zarobienia na Adamku, kogoś kto ma 17 walk na koncie. Niech Pulew pokaże co potrafi choćby w Stanach, ściągnie zainteresowanie wielkich stacji telewizyjnych. Na razie ani HBO, ani Showtime nawet nie chciało słuchać propozycji o tej walce. Wtedy możemy wrócić do rozmowy. Tylko garstka ludzi wie kim on jest, tylko zapaleńcy. Żadnych konkretów, żadnych gwarancji nam strona Bułgara nie przedstawiła, a od nas nikt im niczego nie obiecywał. Mnie bardziej interesowałyby zresztą gwarancje Władimira – „skromnie” twierdzi Adamek.
twierdzenie odnoszące się do Pulewa jest nieco dziwne, nawet bardzo dziwne. Gościu w końcu jest na ringu niepokonany i na 17 walk, 9 skończył przez KO. Trudno go nie znać, ale Polak potrafi! Dla przypomnienia Adamkowi: Wielokrotny amatorski mistrz kraju w wadze ciężkiej i superciężkiej, a także mistrz Europy w wadze superciężkiej z 2008 roku. W 2009 roku przeszedł na zawodowstwo. Od maja 2012 roku jest mistrzem Europy EBU w wadze ciężkiej.
Gwarancje Władimira Kliczki są potrzebne jak piasek na Saharze. Łaski nie robi, w obronie tytułu będzie musiał walczyć, albo mu go odbiorą. Raczej chodzi o szmal i tylko o szmal.
- Zaproponowano mi walkę w Polsce za dużo większe pieniądze, niż dostałbym za Pulewa. Z całym szacunkiem dla Pulewa, on nigdy nie miał żadnego znaczącego pasa i nigdy nie był gwiazdą dużej gali telewizyjnej. Większość zysków z promocji naszej walki wynikałaby z mojej popularności. Jestem winien mojej rodzinie, by wybierać walki bardziej atrakcyjne finansowo, a starcie z Pulewem z finansowego punktu widzenia nie miałoby sensu – odkrył przyłbicę Adamek.
Wszystko jasne! Tylko po co do tego mieszać jeszcze poziom sportowy?
Tomasz Adamek zdaję sobie sprawę, że ma przed sobą jakieś dwa lata, by trzepać kasiorę. Nic więcej już nie osiągnie, Władimir Kliczko pokazał mu, kto rządzi i dzieli.
A z Pulewem mogło by być różnie… Chłopisko mierzy 193 cm (6 cm więcej niż „Góral”) Po co ryzykować? Można spokojnie zbić jakiegoś emeryta czy kelnera za dużą kasę! Kto to ma być, jeszcze nie wiadomo.
Totalne jaja będą, jeśli chodzi o Endriu Gołotę! Wcale bym się nie zdziwił! Co tam jakaś „szermierka na pięści” – kasa, kasa i jeszcze raz kasa! A naiwni wybulą i przyjdą!



poniedziałek, 4 lutego 2013

Doping dla Nigerii – jest o co kopać

            Rozpoczęły się finały Pucharu Narodów Afryki w kopanej. Chłopaki z Nigerii mają mocną motywację – tamtejsze córy Koryntu zadeklarowały tygodniowe, darmowe usługi, jeśli „Super Orły” wygrają rywalizację. Zrzeszone w Stowarzyszeniu Nigeryjskich Prostytutek (ANP) panie mocno wierzą, że taka nagroda doda orłom skrzydeł.
            Od kilku lat modne są różnego rodzaju erotyczne deklaracje kibicujących ulubionym drużynom celebrytek czy też nawet gwiazd porno. Najczęściej sprowadza się toto do spektakularnego striptizu, biegania nago po ulicach miasta czy wrzucenia do sieci filmu dla dorosłych. Przykładem może być Larissa Riquelme z Paragwaju, która przed każdym większym turniejem obiecała, że w przypadku zwycięstwa narodowej komandy, wszem i wobec pokaże swoje wdzięki bez osłonek. 
          Nigeryjskie prostytutki ją bez wątpienia przebiły. Jakość ich usług jest bardzo zróżnicowana, ale stanowią niezły towar eksportowy. Nigeryjki zalewają kraje zachodniej Europy, ich konkurencyjność cenowa powoduje zamieszanie na rynku pracy miejscowych cicho i głośnodajek.
           Jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem, nigeryjskie chłopaki się spięły i w ćwierćfinale pokonali faworyzowane Wybrzeże Kości Słoniowej 2:1. To mała sensacja, gdyż w tej drużynie kopie m.in. słynny Didier Drogba. Teraz czeka ich półfinał z Mali, a jeśli wygrają w finale zmierzą się ze zwycięzcą meczu Burkina Faso – Ghana.