kontakt

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2014

Pij mocz, będziesz wielki!

             Urynoterapia, czyli picie moczu, należy do najstarszych metod niekonwencjonalnego uzdrawiania. Motyw ten pojawia się wielu starożytnych księgach, a jak coś „stoi napisane”, trzeba w to wierzyć. Ponoć ponad trzy miliony Chińczyków stosuje tą terapię, jest również bardzo popularna w Indiach. Piją własny lub cudzy mocz, a zalecane „dawkowanie” to nie więcej niż pół szklanki porannego „siku”. Trzeba to skonsumować duszkiem, a „leczenie” trwa od kilku do kilkunastu dni. Jak ktoś chce, koktajl może doprawić sokiem lub rozcieńczyć wodą. 
               A leczy się wszystko! Grypę, raka, AIDS, białaczkę, chorobę popromienną, schorzenia serca i kręgosłupa, cukrzycę, astmę, bronchit, reumatyzm, artretyzm, przerost prostaty, łuszczycę, egzemę, opryszczkę, stwardnienie rozsiane, parodontozę, menopauzę, zapalenie zatok, gruźlicę, wrzody żołądka i dwunastnicy, wypadanie włosów, otyłość, nerwicę, migrenę czy zwykle przeziębienie. Sorry, jeśli o czymś zapomniałem.
              No tak! Picie moczu otwiera również „trzecie oko”, pozwalające na lepszy odbiór metafizycznej rzeczywistości.
             „Siki ciotki Weroniki" można też stosować zewnętrznie, na rany, oparzenia, ukąszenia owadów i wypryski, bo ponoć mocz dezynfekuje. 
             To wszystko guzik prawda! Lekarze alarmują, że jest wręcz przeciwnie. Urynoterapia może prowadzić do poważnych powikłań zdrowotnych, z rakiem włącznie. Praktyka ta jest szczególnie niebezpieczna dla kobiet w ciąży, ponieważ może doprowadzić do poronienia lub choroby płodu.
             W Hollywood, już kilka lat temu, na urynoterapię zapanowała duża moda, było to „trendy”. Własny mocz piją ponoć m.in. Jennifer Anniston, Brad Pitt i Tom Cruise.


środa, 8 stycznia 2014

Cyganka prawdę Ci powie, zielarz leczy raka, drzewo cię uzdrowi

               Zabobon ma się dobrze! Wiadomo, nie można przechodzić pod drabiną, czarny kot przebiegający drogę to ewidentne nieszczęścia, a jak ktoś chory – dawaj do różnych „uzdrowicieli”.
Czasem naiwność ludzi jest rozbrajająca! Wierzą w UFO, krasnoludki, wróżenie z fusów i zamach smoleński! Wiara jest wiara i nijak żadne argumenty do nich nie trafiają, bo przecież z koronnym twierdzeniem - ja w to wierzę! - dyskutować nie ma jak. Przecież tak być może! No może i może, ale ongiś już w filozofii wprowadzono pojęcie - Brzytwa Ockhama. Nazywana także zasadą ekonomii lub zasadą ekonomii myślenia i zgodnie z nią w wyjaśnianiu zjawisk należy dążyć do prostoty, wybierając takie wyjaśnienia, które opierają się na jak najmniejszej liczbie założeń i pojęć. Inaczej mówiąc, nie należy wprowadzać niepotrzebnych bytów, nie można ich mnożyć w nieskończoność. Tradycyjnie wiązana jest z nazwiskiem Williama Ockhama.
               Dużą popularność, w zasadzie na całym świecie, zyskała sylwoterapia, inaczej drzewoterapia. To pobudzanie organizmu do samoleczenia, poprzez przebywanie w obecności drzew i krzewów. Znana już była w starożytnym Rzymie. Dotykanie, głaskanie, przytulanie się do drzewa ułatwia reguluje ponoć równowagę z naturą, czyli „resetuje” organizm.
             Z założenia, należy wybrać odpowiednie gatunki drzew, dotykać je odkrytymi częściami ciała - najlepiej czołem, dłońmi, bosymi stopami i plecami. Dzięki temu człowiek może czerpać z nich dobroczynną moc i energię, a tym samym skuteczniej walczyć z chorobami.
Brak jest rzeczowych wyników na temat skuteczności takiej terapii, a jej krytycy mówią wprost o efekcie placebo. Jeśli jakaś poprawa zdrowia następuje, może być wynikiem głębokiego relaksu i wiary w skuteczność takiego leczenia.
            Z drugiej strony, w odróżnieniu do niektórych metod medycyny niekonwencjonalnej, na pewno nie zaszkodzi. Drzewa to naturalne źródła tlenu i wody, które pochłaniają bakterie, pyły i substancje toksyczne znajdujące się w powietrzu, jak choćby spaliny. Spacer na łonie przyrody jeszcze nikomu nie zaszkodził! Chyba, że się przeziębi, a wtedy zapalenie płuc gotowe! 
             Pewną alternatywą jest też chodzenie boso. A to po trawie, a to po ziemi, a nawet po śniegu. Ponoć wtedy sama Ziemia neutralizuje tzw. wolne rodniki, jedną z przyczyn raka. Łączy też punkty energetyczne organizmu, „meridiany akupunktury”. Być może właśnie dlatego nasi przodkowie mieli „czuja” i spali na gołej ziemi.
           Co by nie mówić, taki spacer boso, to naturalny masaż stóp, chyba, że człowiek natknie się na psie gówienko czy rozbitą butelkę „własnoustnie” opróżnioną przez miłośników przyrody. Wtedy „leczenie” i przyjemność szlag trafia!


piątek, 3 stycznia 2014

Wiara czyni cuda, czyli owsiki w mózgu

            Jak to mawiał mój przyjaciel – ja w gusła nie wierzę, ale pod drabiną nie przechodzę! Czasem jednak przekaz jest tak sugestywny, że wiara „w słowo głoszone” przyćmiewa umysł. Na nic wtedy logiczne argumenty, potwierdzone ekspertyzami czy badania mi naukowymi. Wierzę i już! Problem w tym, że czasami różnych bzdur nie można ani potwierdzić, ani zdecydowanie im zaprzeczyć. 
Rumpologia, czyli wróżenie z dupy
             Można wróżyć z kart, wnętrzności zwierząt, fusów kawy, ręki, można też z dupy. Ta „nauka” ochrzczona została jako rumpologia. Pionierami tego nurtu są Amerykanie: Ulf Buck, Sam Amos i numer jeden wśród „uczonych” – Uwaga! Uwaga! - Jacqueline Stallone, matka Sylwka, czyli Rambo vel Rocky.
Obserwacja fałdek, dołeczków i szczelinek na półdupkach ma oferować wgląd w przyszłość człowieka. Lewy półdupek odpowiada za przeszłość, prawy za przyszłość, rowek jest obrazem linii rozdzielającej półkule mózgowe.
              Dupa pełna i okrągła sugeruje, że osoba jest otwarata, szczera i optymistyczna, płaska, że próżna, nastawiona negatywnie i smutna.
              Większość rumpologów pracuje na „obiektach rzeczywistych”, ale nie trzeba ściągać gaci, by uzyskać fachową ocenę dupy. Można strzelić sobie samojebkę i wysłać do Jacqueline Stallone. Swoją analizę wycenia na 125 dolców. Tanio jak barszcz! 
Reklama podprogowa
               Percepcja podprogowa to oddziaływanie na mózg informacji, których świadomie się nie odbiera. Dotyczy bodźców wzrokowych lub słuchowych, które trwają zbyt krótko, by mogły zostać „normalnie” zarejestrowane (w przypadku percepcji wzrokowej oznacza to bodźce trwające krócej niż 0,04 sekundy) albo są zamaskowane innymi bodźcami, które mają wpływać na przetwarzanie innych bodźców.
              Niektórzy uczeni uważają, że bodźce odbierane podczas snu są przetwarzane w podobny sposób. Idea reklamy podprogowej opierała się na wyświetlaniu pojedynczych klatek z reklamami w środku filmów. Wynik – zero jakichkolwiek dowodów, że to działa! Podobnie jak „satanistyczne przesłania” zespołów rockowych, które „usłyszeć” można było puszczając nagranie „od tylu”.
              Reklamy podprogowej nie można mylić z reklamą ukrytą, kiedy to np. jakiś bohater serialu czy filmu „coś tam” trzyma w ręce lub stoi na jakimś tle. 
Cudowna moc piramidy
               Prekursorem „cudownej mocy” piramidy wcale nie był Erich von Daniken, który wszędzie widzi ufoludki, obce cywilizacje i cuda na kiju. Są „uczeni”, którzy twierdzą, że model piramidy może konserwować żywność, ostrzyć żyletki, poprawiać stan zdrowia i wydolność seksualną.
Piramodologia pojawiła się w 1970 r., kiedy to Patrick Flanagan opublikował książkę „Piramida władzy". Opierał się na studiach Antoine Bovisa (radiesteta, właściciel sklepu z artykułami żelaznymi), który po zwiedzeniu Wielkiej Piramidy w Gizie, stwierdził, iż odkrył w niej zakonserwowane zwłoki myszy. Problem w tym, że Antoine Bovis nigdy w Egipcie nie był, a „odkryć” dokonał na modelu piramidy!
Przekonanie o wyjątkowej mocy piramid po śmierci Antoine Bovisa, rozpropagował Czech - Karel Drbal. Opatentował nawet przyrząd do ostrzenia żyletek, oparty na modelu piramidy. Co ciekawe, prawie od razu postanowiono przetestować skuteczność piramid w kontrolowanych warunkach, gwarantujących powtarzalność eksperymentu. Grupa badaczy pod kierownictwem Iris Owen szybko dowiodła, że piramidy ani nie ostrzą żyletek, ani nawet nie konserwują żywności, jednak mit pozotał.
             Podobne doświadczenia powtórzyli całkiem niedawno Pogromcy Mitów i również w tym przypadku nie stwierdzono, by piramida oddziaływała w jakikolwiek sposób na umieszczone w środku lub pobliżu przedmioty.
 
Zaginione lądy – Lemuria, Atlantyda i Kontynent Mu
              Lemuria to hipotetyczny, zatopiony kontynent na Oceanie Indyjskim, nazwany tak przez Philipa Sclatera. Wskazywany był przez XIX-wiecznych darwinistów w celu wyjaśnienia izolacji lemurów na Madagaskarze i występowania skamieniałości ich przodków w Afryce i południowo-wschodniej Azji. Ernst Haeckel, niemiecki darwinista, użył teorii o istnieniu Lemurii dla wyjaśnienia braku skamieniałości „brakującego ogniwa" między ludźmi a małpami, twierdząc że znajdują się one pod morzem.
             W międzyczasie teozofka Helena Bławatska, publikowała swoje teksty o Lemurii, twierdząc, że miała wizje starożytnej, przed-atlantydzkiej Księgi Dzyan. W ten sposób Lemuria stała się w powszechnej świadomości mistycznym, zaginionym kontynentem poprzedzającym Atlantydę i urosła od lądowego pomostu do ogromnego kontynentu w rejonie pasa okołorównikowego, zajmującego większość obszarów Oceanu Indyjskiego i Oceanu Spokojnego. Zdaniem ezoteryków Australia, Oceania i Madagaskar to współcześnie dostępne pozostałości po Lemurii.
             Wszelkie spekulacje na temat tego typu „pomostów lądowych" straciły sens po przyjęciu przez ogół geologów na początku XX w. hipotezy izostazji.
Kontynent Mu, wymyślony został przez Augustusa Le Plongeon (1826 -1908). Prawdopodobnie oparty jest na teoriach dotyczących Lemurii.
             Jest oczywistą oczywistością, iż żyjące tam cywilizacje nie dość, że dorównywały technologicznie obecnym osiągnięciom, to jeszcze je wyprzedzały! Erich von Daniken wie swoje – to były obce cywilizacje! 
Ale to już było!
             Déjà vu to odczucie, że przeżywana obecnie sytuacja wydarzyła się już kiedyś, w jakiejś nieokreślonej przeszłości, że jakby „cofnął się film” z naszego życia.
Niektórzy z parapsychologów twierdzą , że zjawisko déjà vu jest wyzwalane przez „nakładanie się” podobnych zdarzeń występujących jednocześnie w różnych wymiarach, czyli światach rónoleglych. Inni twierdzą, że zjawisko to jest spowodowane intensywnością przeżyć z poprzedniego życia, czyli reinkarnacją.
              Najbardziej prawdopodobna koncepcja zakłada, ze jest to po prostu „zakłócenie” na synapsach, jakby chwilowe „opóźnienie czasowe” analizy i przekazywania bodźców.
 


 

piątek, 2 sierpnia 2013

Święty wacek w Japonii

              W południowej Japonii, na wyspie Kiusiu, w prefekturze Kumamoto, można szukać szczęścia, oddając cześć potężnemu fallusowi.
              Przed wejściem do świątyni i dotknięciem wacka („na spełnienie”), trzeba się „oczyścić”. Niektórzy biorą prysznic, ale większość tylko myje ręce. Ten obrzęd dotyczy również turystów. 
              Teraz już można wejść do kapliczki, gdzie eksponowany jest ogromny, drewniany penis! Według tradycji, konieczne jest, aby „głaskanie” odbywało się w jedną i drugą stronę. 
             W świątyni znajduje się też „fallus życzeń”. Ma specjalne nacięcie, gdzie można wcisnąć karteczkę z prośbami „do spełnienia”. Najczęściej są to prośby o płodność i potencję. 
              Szczęście przynosi również przejście przez bramę Torii. Trzeba się schylić (pokłonić) i przejść przez nią boso. Ponoć gwarantuje to potencję i zadowolenie z seksu. 
              W sklepiku są do kupienia malutkie penisy „na szczęście”, a życzenia można też przypiąć do specjalnej tablicy.
             I jak, panie i panowie, panny i kawalerowie? Jedziemy? Niech moc będzie z wami!







czwartek, 25 kwietnia 2013

Nowak nie odpuszcza – Nergal na celowniku

           Tropiciel sekt i „obrońca uczuć” Ryszard Nowak nie odpuszcza. Po uniewinnieniu Nergala (zarzut profanacji Biblii podczas koncertu w gdyńskim klubie „Ucho” w 2007 r.), od wyroku sądu odwołali się i Ryszard Nowak, i posłowie PiS, którzy również poczuli się obrażeni. Tak więc przed Sądem Rejonowym w Gdyni od kilku tygodni ponownie toczy się proces.
             Nie dość tego, Nowak oskarżanie „o obrazę uczuć religijnych” rozszerzył. Według niego Nergal miał zbezcześcić Pismo Święte nie tylko w czasie koncertu w gdyńskim klubie Ucho, ale także podczas innych występów, które w 2007 r. odbyły się w ramach trasy koncertowej Behemotha promującej płytę „The Apostasy”. Efektem tego jest zaangażowanie do sprawy prokuratur z Warszawy, Torunia, Poznania, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Łodzi i Rzeszowa.
            - O ile mi wiadomo, w sumie było ok. 20 takich koncertów. Część odbyła się w Polsce, a część za granicą - twierdzi Nowak.
            Dżesus! Czy to ma oznaczać, że do sprawy włączone zostaną następne prokuratury?!
            Fakt jest faktem – Nergal Biblie podarł, opatrując to „wyrazistym” komentarzem. Tylko zawiadomienie o przestępstwie złożone zostało na podstawie nielegalnego zapisu koncertu. Z drugiej strony, czyny polegające na publicznym znieważeniu przedmiotów czci religijnej ulegają przedawnieniu po pięciu latach.
            Prosty rachunek 2007+5=2012. Poziom szkoły podstawowej. Szkoda czasu i atłasu na takie brednie! Ale prokuratura musi się do zarzutów ustosunkować.
           Ryszard Nowak to swoisty Maciarewicz walki z satanizmem. Od sześciu lat jest szefem Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami. Stworzył „Czarną listę zespołów satanistycznych”, na którą wpisał ok. 40 zespołów z Polski i z zagranicy. Z pasją składa doniesienia do prokuratury, a zło widzi wszędzie i u każdego. Poza Nergalem i Dodą narazili mu się także m.in. raperzy Hukos i Peja, Bas Tajpan, nawet Lech Wałęsa.
          Hmmm... Może przydała by mu się wizyta u okulisty? Wtedy rozróżni źdźbło od belki.

niedziela, 31 marca 2013

Jezus zmartwychwstał, czyli kilka wcieleń Zbawiciela


Świat wręcz roi się od zbawicieli. Brytyjski transwestyta, japoński polityk, brazylijski astrolog - do koloru, do wyboru! Część z nich to totalne, nawiedzone świry, inni odlecieli „ze wspomaganiem”, jeszcze innym obluzowały się trybiki po jakiś wypadkach. Psychiatrzy mieli by z nimi duuużo do pogadania!                                                                                       

         
                Krishna Venta - twórca kultu Fontanna Wiedzy, Mądrości, Wiary i Miłości Świata.
Faktycznie koleś nazywał się Frances Herman Pencovic, a rozpropagował kult w Kalifornii, w późnych latach 40. XX w. To taki wczesny hippis, który odziany w zgrzebną szatę, potrząsając rozpuszczonymi piórami gasił pożary, ale też przyganiał bezdomnych. Członkowie seksty musieli zapuścić brody i chodzili boso. Już jako „Jezus” guru przegiął trochę, gdyż „obrabiał” żony wyznawców czekających na transport rakietą do nieba, gdzieś też zapodziała się kasa sekty.
            Zginął w 1958 r. zamachu bombowym, co było aktem desperacji jednego z byłych wyznawców, który wraz z „Jezusem” podążył do Królestwa Niebieskiego.
                   




Arnold Potter w XIX w. przewodził mormonom i jakoś ich przekonał, że jest wcieleniem Jezusa. Grupa jego wyznawców osiedliła się w Iowa, chodzili w uroczystych, czarnych szatach, a kobiety były „wspólne”.
Sprawa się rypła, gdy „Jezus Potter” zdecydował się wstąpić do nieba, jadąc na osiołku. Podjechał do krawędzi urwiska, zsiadł, skoczył i ...pozamiatane! Wiadomo, twarde lądowanie! Cud się nie zdarzył, więc chyba Jezusem nie był, ale laureatem nagrody Darwina mógłby zostać.








Mistuo Matayoshi  - to wspólczesny konserwatywny japoński polityk, który podjął się „konserwatywne wartości” podnieść na zupełnie nowy poziom. Twierdzi, że jego pełne nazwisko brzmi: „Jedyny Bóg Matayoshi Mitsuo Jezus Chrystus”. Plany ma szerokie! Najpierw chce zostać premierem Japonii, potem mierzy w stanowisko sekretarza generalnego ONZ. Wtedy dopiero będzie mógł zreformować „zepsuty  świat” i wypalić ogniem zło!
            Jeździ po kraju gigantyczną furgonetką i agituje stylizowanym głosem, inspirowanym tradycyjnym teatrem Kabuki. Dziewięć razy startował w różnych wyborach, ale jakoś bez większego efektu.
 
David Shayler  - to nawet wśród „Jezusów” ewenement. Jest byłym agentem MI5, brał nawet brał udział w przygotowaniach do zamachu na Muammara Kaddafiego. Po przejściu „do cywila” raz po raz głupawymi wypowiedziami wikłał się w jakieś skandale.
Twierdzi, że Jezus ciągle żyje właśnie „w nim”.  Dysponuje ponoć boskimi mocami – może wpływać na pogodę, zapobiegać atakom terrorystycznym, a nawet przewidywać wyniki meczów piłkarskich.
Obecnie żyje jako kobieta - Delores Kane. 

 
Shōkō Asahara – jest założycielem niesławnej japońskiej sekty Aum Shinrikyo (Najwyższa prawda), znanej z ataku sarinem w tokijskim metrze (lata 90., zginęło 13 osób, około 5,5 tys. osób zostało zatrutych).
            Jednym z głównych założeń sekty było przeświadczenie o nieuniknionym, rychłym nadejściu końca świata, który przetrwać mieli tylko członkowie organizacji. Chcąc przyśpieszyć jego nadejście, począwszy od 1994 r., członkowie Aum Shinrikyō zaczęli dokonywać w całej Japonii ataków terrorystycznych Bojówkarze sekty mają na swoim
koncie również liczne morderstwa i uprowadzenia.





Marshall Applewhite – był założycielem sekty Brama Niebios. Wiernym obiecał niby Jezus, że poprowadzi ich „ku szczęściu”, które schowane jest w postaci statku kosmicznego za kometą Hale-Boppa. Droga nań jest prosta – wystarczy popełnić samobójstwo.  Efektem była zbiorowe samobójstwo członków seksty w 1997 r. (39 osób) na Rancho Santa Fe w Kalifornii. Sposób był prosty – barbiturany popite alkoholem.
Znalezione ciała odziane były w czarne mundury z naszywką „Brama Niebios Goście”, buty Nike, a nad ich głowami powieszono worek z informacjami identyfikacyjnymi i kilkoma dolarami. 

Jim Jones – twórca i prorok kościoła Świątynia Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii. Od 1964 r., zgromadzenie miało siedzibę w Kalifornii, a w dziesięć lat później w 1974 r., przeniosło się do Gujany,  gdzie w dżungli powstała niedostępna dla świata osada – Jonestown.  Charyzmatyczny przywódca - uważał się za inkarnacje Gandhiego, Buddy, Lenina i Jezusa - okłamywał swych wiernych, co do wydarzeń w USA, strasząc ich, że cały cywilizowany świat wydał im wojnę i dąży do zniszczenia obozu. Nie pozwalał im także opuszczać kolonii oraz kontaktować się z bliskimi. Mieszkańcy Jonestown żyli w ciągłym terrorze. W 1978 r. zaniepokojony sytuacją kongresman Leo Ryan wraz z grupą dziennikarzy odwiedził osadę i kiedy wracali, już na lotnisku zostali ostrzelani przez sekciarzy. Zginął kongresman i dwie inne osoby.
Jim Jones spanikował i bojąc się konsekwencji zachęcił wszystkich do zbiorowego samobójstwa podczas tzw. „białej nocy”. 909 osób zatruło się cyjankiem proroka znaleziono potem z dziurą w głowie. Sam sobie palnął w łeb albo ktoś mu pomógł opuścić ten ziemski padół. 

Inri Cristo – brazylijskie wcielenie Jezusa Chrystusa. Znany jest z licznych udziałów w telewizyjnych show, gdzie wygłasza kontrowersyjne przemówienia. Ze swoją misją odwiedził już 27 państw i wszędzie budzi „małą” sensację.
            Był ponad czterdzieści razy aresztowany ze względu na swoje wypowiedzi i wygląd.   Policja bowiem traktuje go jako świra. 
 



Yahweh ben Yahweh – to „perełka” wśród inkarnacji Jezusa Chrystusa! Naprawdę nazywa się Mitchell Hulon, jest założycielem sekty Naród Jahwe (1979 r.). Czarny nacjonalista, otwarcie wyraża niechęć do „białasów” i Żydów – to jest gość! A ma powody do ostrych sformułowań, bo przecież przeinaczono całą Re;igię! Bóg jest bowiem czarny i czarny był Jezus Chrystus.
Prorok i wcielenie Jezusa dość bezwzględnie walczy o swoje królestwo, jednak na Ziemi. W 1991 r. Yahweh został skazany na 11 lat więzienia za 14 rytualnych morderstw na białych. Ofiary były zabijane w przeróżny sposób, jednej nawet obcięto głowę.
Wyszedł warunkowo w 2001 r. Zmarł na raka prostaty w 2007 r.
           
         Pod względem objawień inkarnacji Jezusa Chrystusa rekordowy był XX w.  Pojawiło się ich 23. W XIX w. tylko 5 i jak do tej pory także tylu w XXI w.
              Weselmy się! Alleluja i do przodu!


 




 


piątek, 22 marca 2013

Katolicki kraj, katolicki prezydent, czy Polska dla wszystkich?

              Janusz Palikot w radiu TOK FM stwierdził, że wyprawa prezydenta Bronisława Komorowskiego do Watykanu na mszę rozpoczynającą pontyfikat papieża Franciszka, budzi wiele wątpliwości. Podobnie zresztą jak i skład polskiej „delegacji”. Jak by nie patrzeć są urzędnikami państwowymi i jak to się ma do światopoglądowej, zagwarantowanej w konstytucji, neutralności Polski? Pd tymi wątpliwościami podpisuję się rękami i nogami!
              Urzędnik państwowy w pracy musi przestrzegać konstytucji!
              Katolicy ciągle podkreślają, że mają prawo brać udział w życiu publicznym, właśnie jako katolicy. Z kościelnych ambon rozlegają się głosy zupełnie nie związane z wiarą, jest to wręcz ingerencja w wewnętrzne sprawy państwa. Księża wskazują na kogo wierni mają głosować, kto jest a, a kto be, zabierają głos w sprawie in vitro, homoseksualizmu czy związków partnerskich. Nie jako obywatele, ale jako katolicy.
               Jest to uzurpacja praw, których nie posiadają. Każdy obywatel RP powinien być równy wobec prawa, a państwo nie może nikogo wywyższać, ani poniżać. Wyznanie jest sprawą intymną i bardzo osobistą, a demonstrowanie tego przez najwyższe władze ociera się o łamanie konstytucji. Prezydent RP Bronisław Komorowski może sobie jechać, gdzie chce i po co chce, ale za własne pieniądze i jako Bronisław Komorowski, a nie przedstawiciel państwa polskiego.
               Polska nie jest, przynajmniej ustawowo, państwem wyznaniowym! Takie same prawa mają katolicy jak i wyznawcy innych religii. Argument o „procentach” i „większości” nijak się ma do prawdziwej demokracji. Ta powinna szanować przekonania zarówno ludzi religijnych jak i ateistów.
              Dziwne są w tym kontekście słowa Donalda Tuska, który zapowiedział, że „będzie bronił chrześcijaństwa w Europie”. Jakiś katolicki dżihad? Wojna się szykuje?
            W obraz chorej ekspansji demonstracyjnych uzewnętrznień wiary wpisuje się pomnikowa gigantomania. W nowosolskim Dozamecie trwają prace nad największym na świecie pomnikiem Jana Pawła II. Powstaje na zlecenie właściciela Parku Miniatur Złota Góra w Częstochowie i w nim stanie, a wykonawca jest firma Malpol. Fundatorzy, projektanci i wykonawcy nie ukrywają, że chodzi głównie o to, by był „największy na świecie”. Początkowo miał mieć 10 m, ale okazało się, że w Chile stoi podobny o wysokości 12 m. By to przebić, polski będzie miał 14,5 m.
              Przypomina się historia świebodzickiego Chrystusa. Tam również wykonawcy poszli na całość, „na wymiary”. Całkowita wysokość pomnika wynosi 36 m, z czego 33 m przypada na figurę Jezusa, a 3 m na wieńczącą pomnik pozłacaną koronę. Pomnik wzniesiony został na 16,5-metrowym sztucznie usypanym kopcu (łączna wysokość pomnika i kopca wynosi 52,5 m). Ostateczny ciężar konstrukcji szacowany jest na ponad 440 ton. Swoim wyglądem nawiązuje do pomnika Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro, od którego jest o 2 metry niższa. Sam pomnik jest jednak o 6 m większy. Czyli, jak by patrzeć, rekord świata!
             Straszy i budzi śmiech swoją gigantomanią. Nie ma nic wspólnego z wyrazem wiary, jest wyrazem pychy. Stanowi kuriozum, typowy przerost formy nad treścią. Ambicji również, może nawet przede wszystkim.




niedziela, 17 lutego 2013

Boski Diego Maradona



            Tak do końca nie wiadomo, czy Iglesia  Maradoniana (Kościół Maradony) taktować poważnie czy jako swoiste jaja.
            Na całym świecie znane jest zjawisko kulturowe, polegające na parodii religii. Jest to często wyraz protestu wobec nadmiernego, zdaniem ich wyznawców, wpływu  na przestrzeń publiczną, zwłaszcza naukę i szkolnictwo W taki wymiar wpisuje się Latający Potwór Spaghetti czy Niewidzialny Różowy Jednorożec. Może to również działanie artystyczne bez jawnych intencji politycznych (Haruhizm). Zjawiskami mającym cechy zarówno parodii religii, jak i religii właściwej są dyskordianizm i Kościół SubGeniuszu.
            Formę parodii religii przyjmują czasem także ruchy fanowskie, czego przykładami są Kościół Emacsa czy właśnie Iglesia Maradoniana.

Kościół Maradony powstał w Rosario (Argentyna), w 2001 r. , a założyli go fani byłego Diego Maradony, którego uznają oni za najlepszego gracza wszech czasów.
Według jego wyznawców mamy obecnie rok 53 naszej ery, tak długo bowiem On stąpa po ziemi. Boże Narodzenie Diegorianie obchodzą 30 października (w dzień urodzin „Boga”), zbierają się wtedy w kaplicy Ręka Boga. Ich biblia to „Yo soy El Diego” – wspomnienia podyktowane w 2000 r. dwóm argentyńskim dziennikarzom.
            Iglesia  Maradoniana ma swoje - jakże by inaczej! - przykazania, a jest ich dziesięć. Wśród nich - „Będziesz nad wszystko kochał piłkę nożną”, „Będziesz wyznawał bezwarunkową miłość do Diego i pięknej gry”, „Będziesz propagował słowo Diego w każdym miejscu świata”, „Będziesz odwiedzał kościoły, w których nauczał Diego”, „Przyjmiesz drugie imię Diego”, „Nazwiesz swojego syna Diego”.
            „Kościół Maradony" ma swoich apostołów (m.in. byłego trenera reprezentacji Argentyny Carlosa Bilardo) i heretyków (pierwszym i najważniejszym jest były szef FIFA Brazylijczyk Joao Havelange). Współtwórca „wyznania" dziennikarz Hernan Amez lapidarnie i dosadnie określił główny dogmat kultu: „Ten kto twierdzi, że 30 października nie urodził się Bóg futbolu, jest bezczelnym kłamcą".
            Członkowie „Kościoła” ze szczególną pobożnością czczą dzień 22 czerwca, w którym Maradona (1986 r., mundial w Meksyku) strzelił Anglikom dwa gole, w tym jeden ręką (jak sam twierdzi – była to ręka Boga) i oczywiście - 30 października. W owe dni fani Maradony niejednokrotnie mieli okazję spotkać się z osobami bliskimi piłkarzowi, jak na przykład jego córka Dalma, która w 2001 r. wzięła udział w uroczystościach. Do całej sprawy kultu podchodzi humorystycznie, podobnie jak ponoć sam Diego. 

Obrzędy, jakie towarzyszą takim spotkaniom, są dość zabawne, zachęca się uczestników do imitowania gola, jakiego Maradona strzelił Anglikom, je się angielski pudding, śpiewa się utwory odnoszące się do tamtego zwycięstwa i w nieskończoność ogląda pamiętny mecz. Fani ułożyli nawet modlitwę na wzór „Ojcze nasz” -  „Wierzę w Diego, piłkarza wszechmogącego, stworzyciela magii i pasji. Wierzę w Kudłacza, króla naszego, pana naszego, który się począł z czynów i łaski królów futbolu, narodził się w Villa Fiorioto, umęczon został siłą Havelange, ukrzyżowany, umarł i pogrzebion, powrócił i ożyła jego magia i zostanie w naszych sercach teraz i na wieki. Wierzę w Ducha Futbolu, święty kościół Maradony, w gola strzelonego Anglikom, w rękę magiczną, cudowny zwód i w Diego wiecznego.”
            Do Kościoła Maradony należy wielu sławnych piłkarzy, jak np. Brytyjczycy Michael Owem i Gary Lineker (król strzelców z mundialu 1986 r.), Brazylijczyk Ronaldinho, Portugalczyk Deco, Juan Roman Riquelme i wszyscy gracze reprezentacji Argentyny.
            30 października 1998 r., kiedy Maradona wycofał się z czynnego uprawiania sportu, dziennikarz Hernan Amez, fan Maradony, wyszedł na spacer  i,jak mówi, doznał objawienia. Spotkał swego przyjaciela Hectora Campoamor i życzył mu wesołego Bożego Narodzenia. Ten dopiero po chwili „zajarzył”, że to dzień urodzin ich idola. Pół godziny później Hernan zatelefonował do innego kumpla, aby życzyć mu wesołego zmartwychwstania. I zaczęło się! Kościół Maradony oficjalnie został powołany w 2002 r. Reszty dopełnił Internet.
            Hernan Amez tłumaczy, że są wierzącymi chrześcijanami, a ich uczucie do Maradony nie ma nic wspólnego z religią. Po prostu podczas spotkań fani dobrze się bawią, śpiewają i oglądają 34 gole, jakie Maradona strzelił, grając w reprezentacji Argentyny. Aby zostać członkiem kongregacji, należy tylko wypełnić formularz ze strony internetowej. Potem taka osoba dostaje identyfikator i jest informowana o wydarzeniach związanych z Kościołem.
            O narkotykowych i alkoholowych ekscesach „Boga” jakoś cicho...